W dniu 20 maja 2026 r. w Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” im. Andrzeja Bączkowskiego odbyła się konferencja „Dialog społeczny – pomiędzy rytuałem, formalnością a realnym wpływem”.
Zebranych uczestników przywitała Iwona Zakrzewska, dyrektor CPS „Dialog”. Z wyraźnym żalem odnotowała nieobecność profesora Juliusza Gardawskiego, który był jednym z głównych inicjatorów całego przedsięwzięcia, ale w ostatniej chwili musiał odwołać swój udział. Przypomniała, że okazja do tego eksperckiego spotkania jest podwójnie wyjątkowa. Konferencja została bowiem zainspirowana okrągłym, trzydziestoletnim jubileuszem istnienia Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”, a także wydaną z tej okazji publikacją zatytułowaną „Dialog społeczny – koleiny i rozdroża”. Zwracając się do zgromadzonych ekspertów, związkowców i przedstawicieli pracodawców, gospodyni spotkania zaapelowała o to, by zaplanowane referaty stały się jedynie punktem wyjścia do żywej, przekrojowej dyskusji z udziałem całej sali. Jak przyznała, wieloletnie doświadczenie uczy, że ocena polskiego modelu negocjacji rzadko bywa czarno-biała.
– Będę wdzięczna, jeżeli Państwo przyjmiecie dzisiejszą konferencję jako taką wspólną debatę (…). Bo ten dialog już wszyscy wiemy od lat, siedząc przy nim i współpracując, że nie jest tak najlepszy albo najgorszy. On zawsze nam się troszeczkę przewija albo w jedną, albo w drugą stronę – diagnozowała, podkreślając, że w ostatecznym rozrachunku wszyscy obecni na sali starają się być aktywnymi aktorami tego procesu.
Dyrektor Zakrzewska z nostalgią odniosła się również do swoich dobrych wspomnień z czasów funkcjonowania dawnej Komisji Trójstronnej oraz jej następczyni – Rady Dialogu Społecznego. Przypomniała zebranym, że nowa instytucja RDS obchodzi w tym roku swoje 10-lecie. Zamykając swoje wystąpienie i otwierając tym samym merytoryczną część konferencji, dyrektor oddała głos przewodniczącemu RDS – prof. Janowi Klimkowi prezesowi Związku Rzemiosła Polskiego.
– Oddaję głos panu profesorowi Janowi Klimkowi z wielką nadzieją, że wprowadzi nas w meandry dialogu społecznego – spuentowała Iwona Zakrzewska, zapraszając do pierwszego z zaplanowanych referatów.
Jako kolejny głos zabrał prof. Jan Klimek (Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie, Szkoła Główna Handlowa), przewodniczący Rady Dialogu Społecznego i prezes Związku Rzemiosła Polskiego, który podkreślał, że w czasach dynamicznych zmian gospodarczych i społecznych umiejętność rozmowy oraz budowania porozumienia staje się jednym z najważniejszych wyzwań współczesności.
Na początku wystąpienia podziękował dyrektor Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” Iwonie Zakrzewskiej za organizację wydarzenia oraz stworzenie przestrzeni do debaty o przyszłości dialogu społecznego. Nawiązując do tematu konferencji „Dialog społeczny – pomiędzy rytuałem, formalnością a realnym wpływem”, prof. Klimek postawił fundamentalne pytanie: – Czy dialog społeczny jest odpowiedzią na wyzwania przyszłości? – mówił. Jak zaznaczył, aby odpowiedzieć na to pytanie, warto spojrzeć na przemiany, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku.
– Rok 1989 był szokiem. Potem było wycofywanie się, dopasowanie, akceptacja i wzrost. Pytanie brzmi: w której fazie kryzysu jesteśmy dzisiaj? – zauważył.
Profesor przypomniał, że od czasu transformacji ustrojowej Polska przeszła ogromną drogę, stając się jedną z największych gospodarek Europy. Jednocześnie zwrócił uwagę, że świat przyspieszył w niespotykanym wcześniej tempie: – Kiedyś to, co trwało tydzień, dziś trwa jeden dzień. Radio potrzebowało 38 lat, żeby zdobyć 50 milionów odbiorców, telewizja 13 lat, internet cztery lata, a Facebook pięć miesięcy – podkreślał.
Zdaniem przewodniczącego Rady Dialogu Społecznego współczesne wyzwania wymagają większej odpowiedzialności za podejmowane decyzje, ale także za brak działań. – Jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za to, co robimy. Jesteśmy odpowiedzialni również za to, czego czasami nie robimy – mówił. Prof. Klimek podkreślił, że skuteczny dialog społeczny opiera się na trzech filarach: zaufaniu, wspólnocie interesów oraz komunikacji.
– Nasza współpraca to funkcja trzech czynników: zaufania, wspólnoty interesów i komunikacji – zaznaczył. Jak przyznał, nie zawsze jest łatwo osiągnąć porozumienie, ponieważ w Radzie Dialogu Społecznego spotykają się różne środowiska reprezentujące odmienne interesy. Mimo to właśnie rozmowa i poszukiwanie kompromisu pozostają najważniejszym narzędziem rozwiązywania problemów. W swoim wystąpieniu wiele miejsca poświęcił także sytuacji przedsiębiorców. Wskazał cztery główne obszary, które dziś najbardziej absorbują polski biznes: koszty prowadzenia działalności, innowacyjność, przewidywanie przyszłych trendów oraz pozyskiwanie talentów. – Dzisiaj świat potrzebuje talentów – podkreślił.
Odwołując się do swojej funkcji prezesa Związku Rzemiosła Polskiego, zwrócił uwagę na znaczenie szkolnictwa zawodowego i praktycznej nauki zawodu. – Wiele talentów zmarnowaliśmy wtedy, gdy uznaliśmy, że kształcenie zawodowe nie jest potrzebne. A ono jest nam bardzo potrzebne – mówił. Przypomniał, że w 1989 roku w rzemiośle kształciło się blisko 200 tysięcy młodych ludzi, podczas gdy obecnie jest ich około 75 tysięcy. Profesor zwrócił również uwagę na ogromny wkład polskiego rzemiosła w rozwój przedsiębiorczości po transformacji ustrojowej.
– Na 800 tysięcy wszystkich firm w 1989 roku, aż 600 tysięcy stanowiły zakłady rzemieślnicze – przypomniał. W końcowej części wystąpienia mówił o konieczności dalszego rozwijania dialogu społecznego oraz poszukiwania nowych form współpracy.
– Jeśli człowiek nie wie, dokąd chce dojść, to tak naprawdę dochodzi donikąd – podkreślał.
Zapowiedział również, że jednym z tematów najbliższego posiedzenia Rady Dialogu Społecznego będzie przyszłość samego dialogu społecznego i jego rola w zmieniającej się rzeczywistości.
– Dialog społeczny jest dla nas bardzo ważny. Jest niedoceniany, ale właśnie dzięki rozmowie możemy przygotowywać się nie tylko na problemy dzisiejsze, lecz także na te, które pojawią się jutro i za kilka lat – podsumował prof. Jan Klimek.
Jako kolejny głos zabrał prof. Jacek Sroka (Uniwersytet Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie), któremu – pod nieobecność prof. Juliusza Gardawskiego – przypadła rola wygłoszenia słowa wstępnego. Odnosząc się bezpośrednio do wystąpienia swojego przedmówcy, prof. Jana Klimka, prelegent zaproponował poszerzenie tytułowej problematyki konferencji.
– Partycypacyjna deliberacja, rozwój, regres czy stagnacja? Dzisiaj dialog społeczny, który jest praojcem, żeby nie powiedzieć praszczurem partycypacyjnej deliberacji, przeżywa kryzys – zdiagnozował na wstępie. Zaznaczył jednak, że jest to kryzys okresowy, wynikający z samej natury dialogu, który, niczym sport, wymaga nieustannego uprawiania.
– Nowe pokolenia muszą wchodzić w ten trening. To jest never-ending story tak naprawdę – mówił. Profesor Sroka poddał krytycznej ocenie kondycję dialogu obywatelskiego w Polsce, wskazując na powszechne niezadowolenie z form takich jak konsultacje społeczne, zebrania wiejskie, fundusze sołeckie czy koncepcje smart cities i smart villages. Zauważył, że kryzys demokracji jest zjawiskiem globalnym, dotykającym również stabilne demokracje, a wdrażane innowacje partycypacyjne – na przykład panele obywatelskie czy budżety partycypacyjne – również nie działają najlepiej. Zwrócił uwagę na istotną różnicę językową, ułatwiającą zrozumienie istoty problemu: anglosaskie rozróżnienie na politics (politykę rywalizacyjną, zarezerwowaną głównie dla partii) oraz public policies (polityki publiczne). To właśnie w tym drugim obszarze operuje dialog społeczny. Tam też tworzy się przestrzeń na tzw. deliberative moments. – (…) czyli momenty sprzyjające pogłębionemu dialogowi deliberatywnemu, czyli takiemu, w którym w trakcie dyskusji z pomocą ekspertów, zwykle to dłużej trwa, dochodzimy czasami do zmiany naszych poglądów o 180 niemal stopni – wyjaśniał ekspert.
Dodał z ubolewaniem, że w Polsce brakuje tego typu momentów i postaw, czego główną, historyczną lub nie, przyczyną jest deficyt zaufania. Aby zobrazować mechanizmy dialogu, profesor posłużył się oryginalną metaforą, porównując go do dwóch rodzajów aktywności fizycznej: kalisteniki (treningu mięśni powierzchniowych) oraz callaneticsu (treningu mięśni głębokich).
– Nie możemy trenować wyłącznie mięśni powierzchniowych, ścierając się, uzgadniając, dochodząc do pewnych rozwiązań w dialogu społecznym, bez trenowania tych mięśni głębokich – tłumaczył.
Wyjaśnił, że odpowiednie wytrenowanie „mięśni głębokich” prowadzi do ukształtowania zinternalizowanych, empatycznych postaw społecznych, na wzór państw nordyckich. Jak zaznaczył, powołując się na profesora Stanisława Ehrlicha, sprawnie działające instytucje to zaledwie „wisienka na torcie”. Prawdziwy „wypiek instytucjonalny, dialogowy, on musi iść głęboko. On musi iść w stronę wiążących wzorów zachowania”.
Nawiązując do tez prof. Klimka, prelegent poruszył kwestie innowacyjności i kosztów. Ze smutkiem odnotował niską, od lat niezmienną pozycję Polski w European Innovation Scoreboard. Wskazał na bolesny problem „drenażu mózgów”, argumentując, że jako kraj jesteśmy gospodarką, która głównie kupuje, a nie wytwarza własne rozwiązania.
– Otrzymują tutaj porządne wykształcenie, bo polskie uczelnie wyższe porządnie kształcą. Następnie otrzymują jakiś dobry grant na przykład w MIT. Tam dostają, przepraszam za sformułowanie, kopa zawodowego, finansowego i związanego z możliwościami współpracy i już są nie nasi – diagnozował, podając za przykład polskich informatyków współtworzących ChatGPT, których innowacyjna praca przestała być własnością krajowej gospodarki z racji podjęcia pracy w innych warunkach organizacyjnych za granicą.
W kontekście kosztów, prof. Sroka odniósł się do realiów ewaluacji pracy jednostek naukowych w Polsce. Zaapelował o szczególną dbałość o kryterium wpływu badań na społeczeństwo i gospodarkę. Uznał za absurdalne głosy sugerujące deprecjonowanie wpływu lokalnego, podkreślając, że każda światowa analiza wpływu zaczyna się właśnie od poziomu lokalnego. Zwrócił także uwagę na bardzo trudną sytuację finansową aspirujących adiunktów i doktorantów oraz systemowy paradoks kształcenia obcokrajowców.
– Następnie rozkładamy ręce, kiedy oni potrzebują wizy, żeby się tu urządzić. Oni znikają i znajdują się w Finlandii, w Brukseli, w Norwegii, w Stanach Zjednoczonych (…). Wydaliśmy pieniądze, wykształciliśmy porządnie doktorantów spoza Unii Europejskiej i następnie oddajemy ich za darmo – punktował.
Prelegent postulował konieczność przemyślanej, wczesnej edukacji. Zaapelował o profesjonalne wdrażanie elementów kształtujących postawy deliberatywne już od poziomu przedszkolnego i wczesnoszkolnego. Z perspektywy wieloletniego wykładowcy podzielił się niepokojącą obserwacją dotyczącą studentów.
– Obserwuję tak naprawdę regres zainteresowania dialogiem społecznym i dialogiem w ogóle – przyznał.
Wskazał, że dzisiejsza młodzież, będąca pod silnym wpływem mediów społecznościowych, chętniej angażuje się w polaryzujące konflikty, szukając ideologicznych „ładunków detonacyjnych” i „wroga”, a stosowanie przez nich kalki lewica-prawica utrudnia realne, dialogowe myślenie o świecie. Zdaniem profesora, zapał do innowacji takich jak panele obywatelskie bywa wykorzystywany jedynie jako narzędzie do udowadniania starszym pokoleniom ich niekompetencji, co stanowi wyraźny krok wstecz w porównaniu do sytuacji sprzed kilkunastu lat.
W konkluzji swojego wystąpienia, odwołując się do niewielkiej liczby polskich laureatów naukowych Nagród Nobla, prof. Sroka przywołał z literatury bajkę Ezopa o wyścigu żółwia z zającem. W jego ocenie, polskie podejście do partycypacji przypomina postawę zająca, który szybko się nudzi, wpada w rutynę i „przesypia zwycięstwo”. Za jaskrawy przykład takiego zjawiska posłużyły mu polskie budżety obywatelskie, których jesteśmy światowym liderem pod względem ilościowym. – Mamy ich dużo, owszem, ale we wszystkich dominuje głosowanie. Natomiast deliberacji jest tyle, co kot napłakał – ocenił, dodając, że na wielu poziomach widać już wyraźne zmęczenie tym niedeliberatywnym podejściem.
Kończąc referat, zaapelował o cierpliwą, wytrwałą postawę i naśladowanie „nordyckich żółwi”, czerpiąc wzorce również ze sprawdzonych skandynawskich i austriackich paktów społecznych.
– Możemy się lubić, nie lubić, kochać, wadzić, ale są takie momenty, kiedy musimy tę naszą wytrenowaną postawę deliberatywną uruchamiać wszędzie, w każdym kontekście, nie tylko na sali obrad, tylko po prostu w codziennym życiu społecznym – podsumował prof. Jacek Sroka.
Jak podkreślił, to jedyna droga do przekazania wiążących wzorców kolejnym pokoleniom, aby teoria o dialogu społecznym nauczana na uczelniach znajdowała realne odzwierciedlenie w otaczającym ich życiu.
PANEL DYSKUSYJNY
Po wygłoszeniu słowa wstępnego, prof. Jacek Sroka przejął rolę moderatora zaplanowanego panelu dyskusyjnego, oficjalnie otwierając tę część konferencji. Na wstępie zarysował przed zgromadzonymi szerokie ramy merytoryczne debaty, wskazując cztery główne osie tematyczne, wokół których miały toczyć się rozmowy.
Jak wyliczył, pierwszym z nich były „restrospekcje, realia, perspektywy polskiego dialogu społecznego”. Drugi obszar dotyczył „obszarów i granic dialogowego porozumienia”, a trzeci skupiał się na „europejskim wymiarze dialogu społecznego”. Czwartym wskazanym zagadnieniem był „dialog społeczny w Polsce, koleiny przeszłości, rozdroża współczesności oraz pytania o przyszły azymut”.
Moderator zaznaczył przy tym, że uczestnicy debaty mają pełną swobodę w wyborze i nawiązywaniu do przedstawionych kwestii.
– Dowolność jest w odwoływaniu się do tych bardzo szerokich zagadnień problemowych – podkreślił.
Jako pierwszy głos w panelu dyskusyjnym zabrał dr Jan Czarzasty ze Szkoły Głównej Handlowej. Wpisując się w ramy nakreślone przez moderatora oraz odnosząc się do wystąpień przedmówców, prelegent oparł swoją wypowiedź na tezach zawartych w swoim rozdziale niedawno wydanej publikacji „Kryzys (nie)zwyczajny. Wielokryzys w świecie pracy w Polsce” (będącej efektem prac badawczych zespołów SGH i Uniwersytetu Wrocławskiego).
Główną osią wystąpienia doktora Czarzastego stało się pojęcie „wielokryzysu” (polikryzysu), w kontekście którego badacz przyglądał się kondycji dialogu społecznego. Jak zaznaczył, instytucje dialogu, podobnie jak całe społeczeństwo, znalazły się w sytuacji bezprecedensowej po pandemii, jednak poradziły sobie z nią stosunkowo dobrze.
Prelegent szczegółowo wyjaśnił genezę i znaczenie pojęcia wielokryzysu. Zauważył, że choć termin ten wywodzi się z nauk przyrodniczych (gdzie opisywał kryzys środowiska naturalnego), to spopularyzował go Jean-Claude Juncker w odniesieniu do wielkiego kryzysu po 2008 roku. Zgodnie z przytoczoną definicją, żyjemy w świecie, w którym liczne kryzysy nakładają się na siebie i – jak plastycznie ujął to prelegent – „żywią się sobą wzajemnie”. Doktor Czarzasty wskazał, że wielokryzys to kombinacja problemów o charakterze trwałym, chronicznym (jak kryzys środowiskowy czy demograficzny), z tymi o charakterze cyklicznym lub nagłym (kolejne cykle koniunkturalne w gospodarce, kryzys migracyjny, wojenny i geopolityczny trwający od 2022 roku, a także kryzys energetyczny).
Szczególną uwagę badacz z SGH poświęcił kryzysowi politycznemu i słabnącej wierze w demokrację. Przywołał wstępne wyniki niedawnych sondaży przeprowadzonych w kilku państwach europejskich (m.in. w Polsce, Hiszpanii, Francji i Wielkiej Brytanii), z których płyną bardzo niepokojące wnioski.
– Mianowicie to, że ludzie młodzi i należący do tego, co możemy nazywać klasą średnią (…) wykazywali niestety silne skłonności autorytarne. To jest tęsknotę za tak zwanymi rządami silnej ręki – relacjonował. Zjawisko to potwierdzają również wieloletnie badania prowadzone pod kierunkiem prof. Juliusza Gardawskiego. Choć przez lata odsetek osób dopuszczających zawieszenie demokracji na rzecz „rządów silnego człowieka” utrzymywał się na stosunkowo niskim poziomie, to obecnie tendencja ta ulega zmianie, a spadek wiary w system demokratyczny jest wyraźnie skorelowany z wiekiem respondentów. W tych trudnych warunkach dr Czarzasty dostrzega ogromną rolę dialogu społecznego. Przestrzegał przed wirusem populizmu, który infekuje spolaryzowany świat, przybierając barwy prawicowe, lewicowe, a także liberalne (objawiające się rynkowym fundamentalizmem czy wręcz społecznym darwinizmem). Potwierdzając wcześniejsze obserwacje prof. Sroki dotyczące studentów, prelegent przyznał, że nawet uniwersytecka debata ulega degradacji.
– Nawet różnego rodzaju formy dialogu jako wymiany poglądów zamieniają się tak naprawdę również na poziomie uniwersyteckim w takie plemienne okładanie się różnymi gotowymi pałkami retorycznymi. Tutaj nie ma przestrzeni na poszukiwanie już nie tylko konsensusu, ale nawet kompromisu i to jest bardzo niepokojące – diagnozował.
Słabnące fundamenty społeczno-kulturowe demokracji uderzają rykoszetem w system partyjny. Dr Czarzasty zauważył, że partie polityczne tracą swoje społeczne zakorzenienie, stając się „bytami fantomowymi”. Kiedy z sali padło dopowiedzenie określające współczesne partie mianem „przedsiębiorstw wyborczych”, prelegent zgodził się z tą metaforą, zaznaczając, że reprezentują one dziś głównie interesy mające swoje źródło w rynku, a nie w społeczeństwie.
To właśnie w tej systemowej próżni prelegent upatruje szansy dla rozwoju dialogu, zarówno tego w ramach demokracji deliberatywnej i instytucji trójstronnych, jak i dialogu autonomicznego. Doktor Czarzasty wiąże duże nadzieje z rozpisaniem wieloletniego planu działań na rzecz ożywienia rokowań zbiorowych w Polsce i przywrócenia układom zbiorowym pracy roli realnego instrumentu regulacyjnego. – Jest szansa na to, żeby to stało się laboratorium dla działań, powiedzmy takich, które mogą stworzyć wzory alternatywne dla tego, czego doświadczamy w przestrzeni publicznej, czyli polaryzacji – przekonywał, dodając na zakończenie, że dzięki temu konsensus ma szansę przestać być jedynie pojęciem teoretycznym, stając się realnym celem społecznych dążeń.
Po wystąpieniu dr Jana Czarzastego, głos w dyskusji ponownie zabrał moderator panelu, prof. Jacek Sroka. Podziękował przedmówcy za niezwykle interesującą prelekcję i pogratulował mu wyników badawczych. Przyznał również, że zna przywołane w wystąpieniu publikacje, a niektóre z nich miał nawet zaszczyt recenzować. Zanim jednak moderator przekazał głos kolejnemu zaplanowanemu ekspertowi, dr Rafałowi Towalskiemu, postanowił na marginesie odnieść się do poruszonego wcześniej wątku wielokryzysu – a w szczególności do szeroko rozumianego kryzysu środowiskowego. W ocenie profesora Sroki, wyzwanie to wykracza daleko poza same kwestie ekologii. – Uważam, że to nie tylko jest kwestia ekologii, ale generalnie mamy problem z zarządzaniem zasobami wspólnymi. Stary problem – zdiagnozował. Aby zilustrować historyczne ramy tego dylematu, prelegent przywołał słynną koncepcję Garretta Hardina z 1968 roku, znaną jako „tragedia wspólnego pastwiska”. Jak przypomniał, mechanizm ten opiera się na zgubnym, ale prostym założeniu: – Czyli zdewastujemy wszystko, bo to wspólne i tak dalej.
Moderator cofnął się w swojej analizie o kolejną dekadę, do końca lat 50., przywołując postać wybitnego naukowca Johna Nasha (znanego szerszej publiczności m.in. z biograficznego filmu „Piękny umysł”) i jego dwóch kluczowych, krótkich artykułów naukowych. Cytując oryginalne brzmienie dorobku badacza zaznaczył, że choć prace te uznawane są za zapis logiczny i czystą matematykę, Nash był z wykształcenia ekonomistą. To właśnie te publikacje niosły ze sobą fundamentalne przesłanie o konieczności poszukiwania w ekonomii i społeczeństwie systemu wielopunktowej równowagi. – Bo się nie najemy, kiedy nie będziemy brać pod uwagę takiej sytuacji, żeby nie zniszczyć dobrostanu, który panuje w danym środowisku – wyjaśniał moderator. Dla lepszego zobrazowania myśli Nasha, prof. Sroka przywołał słynną scenę z filmu „Piękny umysł”, w której główny bohater obserwuje dynamikę grupy kolegów-doktorantów rywalizujących o względy jednej kobiety na sali balowej. To właśnie w tym momencie filmowy Nash podważa klasyczne założenia Adama Smitha. Jak tłumaczył moderator, naukowiec doszedł do wniosku, że prawdziwy rozwój ma miejsce wtedy, gdy jednostka dąży do zysków indywidualnych, ale musi przy tym bezwzględnie brać pod uwagę dobrostan całej wspólnoty (w filmowym przypadku: uniknięcie ostrego konfliktu w kręgu towarzyskim o jedną partnerkę do tańca). W dalszej części swojej dygresji prof. Sroka odwołał się do dorobku Mancura Olsona. Zgodnie z jego teorią, z problemu zarządzania wspólnymi zasobami można wyjść drogą deliberacji. Należy jednak uważać na pułapki skrajnego korporatyzmu.
– Musimy uważać a propos korporatyzmu, bo czasami dobry jest też pluralizm, ponieważ kiedy rozwiązania korporatystyczne przerosną pewną miarę, to mogą pojawić się freeriders, czyli gapowicze, po prostu gapowicze, którzy korzystają z tej sytuacji i de facto cały układ zaczyna czeznąć na naszych oczach – relacjonował.
Na koniec tego rozbudowanego merytorycznie wtrącenia, prof. Sroka przypomniał postać noblistki Elinor Ostrom i jej wydaną na początku lat 90. książkę poświęconą zarządzaniu dobrami wspólnymi. Badaczka sformułowała w niej 8 głównych zasad (punktów), które – jak zauważył z ubolewaniem profesor – choć są w Polsce od dawna stosowane, to w publicznym dyskursie niemal wcale się o nich nie wspomina. Kluczowym wnioskiem z prac Ostrom jest konieczność odpowiedniego zakorzenienia struktur zarządzania. – (…) wskazuje tutaj na to Elinor Ostrom, że zarządzanie musi być nested, czyli musi być głęboko uwikłane w lokalnych lub regionalnych albo centralnych społecznościach – podkreślił profesor Sroka.
Kolejnym prelegentem zabierającym głos w dyskusji był dr Rafał Towalski ze Szkoły Głównej Handlowej, który dołączył do panelu w formie zdalnej. Na wstępie odniósł się do dotychczasowego przebiegu debaty. Zauważył, że dyskusja nieco odbiegła od zaplanowanych na początku trzech osi: retrospekcji, realiów i perspektyw. Zadeklarował chęć powrotu do tego schematu, stawiając na zwięzłość i konkret. Przechodząc do kwestii retrospekcji, badacz z SGH posłużył się osobistą anegdotą. Przyznał, że przez pewien czas był nieco oderwany od bieżących wydarzeń środowiskowych (poza aktywnością w Komisji Pracy Business Centre Club), skupiając się na pracy z materiałem wtórnym. Gdy w ubiegłym roku został zaproszony przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców na konferencję poświęconą wojewódzkiemu dialogowi społecznemu (gdzie spotkał m.in. prof. Jacka Srokę), towarzyszyły mu spore obawy. – Jechałem z taką dużą obawą, że w pewnym sensie wypadłem z obiegu. To znaczy, że o pewnych rzeczach być może nie wiem, że coś mi umknęło i jak wypadnę na tle moich kolegów – wspominał. Rzeczywistość okazała się jednak zaskakująca. – Przybyłem na miejsce i im dłużej ta konferencja trwała, tym moje obawy zaczęły schodzić na plan dalszy. Bo po prostu zauważyłem, że w sumie to się niewiele zmieniło. My cały czas mówimy w zasadzie o tym samym. Nie za bardzo widzę jakąś głęboką metamorfozę, jaką by dialog społeczny w Polsce przeszedł – relacjonował.
W jego ocenie problemy od lat pozostają niezmienne, a perspektywy wciąż są mgliste. Na bazie tych obserwacji dr Towalski sformułował dosadną diagnozę, przyznając, że liczy na wzbudzenie nią kontrowersji.
– Dialog społeczny jest żywym organizmem, natomiast w pewnym sensie popadł w stan pasywnego wegetowania – ocenił z naciskiem, dodając, że swój rozdział w najnowszej publikacji CPS „Dialog” potraktował celowo jako „swoistą piniatę intelektualną”, aby inni mogli wziąć przysłowiowe kije i w niego „ponaparzać”. Przechodząc do realiów i perspektyw, prelegent nawiązał do wcześniejszych słów prof. Sroki o potrzebie zaszczepiania w obywatelach postaw deliberatywnych. Zgodził się, że w Polsce brakuje takiego mindsetu, dzięki któremu obywatele rozumieliby rolę i znaczenie dialogu. – Niestety takiej postawy nie wytrenowaliśmy i chyba za bardzo nie chcemy jej wytrenować. My się zdecydowanie lepiej czujemy w zwarciu niż w dialogu – zdiagnozował wprost. Jak argumentował, zwarcie i konflikt działają mobilizująco, podczas gdy dochodzenie do kompromisu to uciążliwy, czasochłonny proces, do którego polskiemu społeczeństwu brakuje cierpliwości.
W kontekście wyzwań przyszłości dr Towalski wskazał na dwa potężne, długofalowe trendy, z którymi będziemy mierzyć się jeszcze przez lata: migracje oraz technologię. Zaznaczył, że kryzysy z natury mają charakter cykliczny, natomiast te dwa zjawiska zostaną z nami na długo. W obszarze migracji prelegent dostrzega dla dialogu społecznego kluczową rolę, obejmującą nie tylko kwestie rynku pracy, ale też szersze problemy ogólnospołeczne. Z kolei obszar technologii uznał za sferę niezwykle skomplikowaną i „mglistą”. Jako przykład nieadekwatności tempa działań instytucjonalnych wobec zmian technologicznych podał proces uzgadniania dyrektywy o pracy platformowej. Prelegent z humorem porównał to do bardzo opóźnionego przyznania praw wyborczych kobietom w jednym ze szwajcarskich kantonów w latach 70. XX wieku.
– Dwie rewolucje przemysłowe przyszły i oni się nagle zorientowali w tym kantonie, że chyba kobiety powinny mieć prawo do głosowania. Tak samo ta praca, ta dyrektywa platformowa – ironizował.
Zauważył, że w czasie długotrwałego procedowania unijnych przepisów rzeczywistość znacząco się zmieniła (praca platformowa przestała dotyczyć tylko jedzenia i przewozu osób, stając się potężnym segmentem gospodarki), a sama dyrektywa ostatecznie i tak pozostawia główny ciężar rozwiązywania problemów po stronie państw członkowskich.
DYSKUSJA
W odpowiedzi na wystąpienie dr Rafała Towalskiego, głos przejął prof. Jacek Sroka, który podziękował przedmówcy za jego diagnozę, zwracając szczególną uwagę na trafność spostrzeżeń dotyczących polskich preferencji w relacjach społeczno-politycznych.
– Bardzo nośne są te słowa, które wypowiedziałeś, mówiąc o tym, że czujemy się lepiej w zwarciu, a dialog nas trochę nuży – podkreślił profesor Sroka, odnosząc się do zdiagnozowanej chwilę wcześniej niechęci polskiego społeczeństwa do żmudnego i czasochłonnego budowania kompromisów.
Wyraził przy tym optymizm co do przyszłości postaw obywatelskich. Zauważył, że obecny stan rzeczy i niechęć do deliberacji mają swoje głębokie uwarunkowania, jednak nie są zjawiskiem nieodwracalnym.
– Oczywiście to pewnie jest jakoś skorelowane z naszą historią, być może z naszymi stereotypami kulturowymi, ale miejmy nadzieję, że jak wszystko w kryzysie i to nam się uda z czasem przełamać – zaznaczył z nadzieją prof. Sroka, dodając, że liczy na stopniowe wychodzenie z tego społecznego i systemowego impasu.
Po tym krótkim podsumowaniu, stanowiącym klamrę do dotychczasowych wypowiedzi panelistów, prowadzący zaprosił do debaty kolejną uczestniczkę.
Jako kolejna głos zabrała Iwona Zakrzewska, dyrektor Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”. Na wstępie zgodziła się z postulatem dr Rafała Towalskiego, by trzymać się wyznaczonych na początku ram tematycznych panelu.
Dyrektor CPS wyjaśniła również przyjętą formułę spotkania, tłumacząc, dlaczego zdecydowano się na stosunkowo krótkie debaty zamiast wielkich konferencji.
– Chcieliśmy zapoczątkować też może taki cykl debat o dialogu. Sama widzę, będąc tutaj w tym dialogu już jakiś czas, że jest i będzie to bardzo potrzebne – zapowiedziała.
Nawiązując do wcześniejszej części dyskusji, przyznała, że bardzo spodobało jej się przytoczone w wypowiedzi dr Jana Czarzastego porównanie partii politycznych do „przedsiębiorstw wyborczych”. Metafora ta posłużyła jej do sformułowania własnej diagnozy obecnego stanu obrad społecznych. Zdaniem Iwony Zakrzewskiej, zarówno w obecnej Radzie Dialogu Społecznego, jak i wcześniej w Komisji Trójstronnej, w postawach osób zaangażowanych w poszukiwanie kompromisu zaszła niepokojąca zmiana.
– Wydaje mi się, że już dawno (…) więcej mamy do czynienia z tak zwanymi interesami własnymi różnego rodzaju, nazwałabym to może bardziej aktorów tej sceny dialogowej, bo nie chcę powiedzieć, że dotyczy to konkretnych organizacji, konkretnych stron, konkretnych ministerstw, konkretnych ludzi – relacjonowała.
Wyjaśniła, że uczestnicy procesu stają się aktorami w zależności od sytuacji i realizowanego celu, a ów „interes własny” zdaje się niestety przeważać nad rozsądkiem i realnymi potrzebami społecznymi. Dyrektor Zakrzewska zwróciła uwagę na trudności komunikacyjne w łonie samych instytucji dialogu, wskazując na momenty, w których w obrębie wyznaczonych granic porozumienia „te same strony i te same grupy interesów zaczynały po prostu mówić innym językiem”. W tym kontekście zaapelowała o zmianę akcentów podczas głównych obrad.
– Bardzo chciałabym, żebyśmy na spotkaniach zespołów problemowych, w których rzeczywiście jest o wiele więcej rozmów na temat merytorycznych aspektów tego dialogu, ale na przykład na posiedzeniach samej Rady mówili o tym, co jest naszym wspólnym interesem społecznym – postulowała.
W końcowej części swojego wystąpienia prelegentka mocno zaakcentowała konieczność aktywniejszego włączenia środowiska naukowego w procesy negocjacyjne. W jej ocenie udział ekspertów i badaczy zajmujących się sferą społeczną musi być wyraźniejszy. – Żeby on jednak wchodził z powrotem w tę sferę dialogu społecznego, ponieważ bez tego, proszę Państwa, rzeczywiście będziemy się rozjeżdżać, a głównie aktorzy tego dialogu społecznego, żeby się nie stali tymi przedsiębiorstwami – ostrzegała. Podsumowując, dyrektor Zakrzewska podzieliła się osobistą refleksją, przyznając, że początkowo zakładała swoje zaangażowanie w struktury dialogu zaledwie na rok, a ostatecznie uczestniczy w nich już 14 lat.
Odnosząc się do słów dyrektor Iwony Zakrzewskiej o partiach politycznych funkcjonujących współcześnie jako „przedsiębiorstwa wyborcze”, prof. Jacek Sroka przypomniał politologiczną koncepcję z ubiegłego wieku.
– Nieśmiało tylko przypomnę, że był taki politolog Ronald Inglehart, który na początku lat 70. mówił już o tym, że przychodzi zmiana jakości i mówił o tym, że idą partie wszystkożerne, czyli catch all parties – zauważył moderator.
Jednocześnie zaproponował własną, gorzką i trafną modyfikację tego terminu, charakteryzującą dzisiejsze realia.
– Ja bym powiedział dzisiaj to jest tak troszkę, że to są catch all naive voters parties [partie łowiące wszystkich naiwnych wyborców – przyp. red.].
W dalszej części swojej krótkiej wypowiedzi profesor Sroka przyznał rację dyrektor CPS „Dialog” w kwestii tego, że uczestnicy procesów negocjacyjnych zbyt często stają się więźniami własnych, partykularnych celów.
– Drodzy Państwo, stajemy się zakładnikami własnych interesów. To fakt. I to jest tak, że jakby nie rozumiemy pewnych aren – zdiagnozował.
Jak podkreślił, fundamentalną zasadą uczestnictwa w danej sferze publicznej jest dostosowanie się do jej specyfiki: – Jeśli jesteśmy na arenie dialogu społecznego, to powinniśmy zgodnie z nią zeznawać w naszych kwestiach. Aby dobitnie zilustrować absurdalność sytuacji, w której prywatne, organizacyjne lub grupowe interesy biorą w debacie górę nad merytorycznym celem porozumienia społecznego, profesor posłużył się bardzo plastyczną i przerysowaną metaforą teatralną. – Można by to ująć w takim przerysowanym przykładzie aktora, który zamiast mówić kwestie Hamleta, mówi: być albo nie być. O to jest pytanie. Ale, lepszym pytaniem jest to, jak wyglądają awanse i płace w naszej trupie – spuentował obrazowo prof. Sroka.
Kolejny w dyskusji głos zabrał Zygmunt Mierzejewski, reprezentujący Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych. Prelegent rozpoczął swoje wystąpienie od nakreślenia własnej, wieloletniej perspektywy. Przypomniał, że w strukturach instytucjonalnego dialogu – początkowo w Komisji Trójstronnej, a następnie w Radzie Dialogu Społecznego – zasiada nieprzerwanie od samego początku, czyli od 1993 roku, kiedy to nominację wręczał mu ówczesny wicepremier Waldemar Pawlak. Dzięki temu całościowemu przeglądowi sytuacji na przestrzeni dekad, działacz OPZZ w pełni poparł pesymistyczne diagnozy swoich przedmówców, w tym dyrektor Iwony Zakrzewskiej, dotyczące postępującej partykularyzacji.
– Ciągle odnoszę wrażenie, tutaj poprę moich przedmówców, że na początku było jednak lepiej. Ludzie byli otwarci na innych, a teraz zaczynają coraz bardziej patrzeć na swoje własne interesy – ocenił z ubolewaniem. Wskazał tym samym na pilną potrzebę przeprowadzenia poważnej debaty nad tym, jak ukształtować Radę Dialogu Społecznego, by na nowo stała się instytucją w pełni funkcjonalną. Poruszył również niezwykle istotny wątek dysproporcji merytorycznej przy stole negocjacyjnym. Zwrócił uwagę na wieloletnią walkę o to, by partnerzy społeczni zdołali dorównać wykształceniem i wiedzą przedstawicielom rządu.
– Przez wiele lat nie udawało się nam tego załatwić, aż dopiero dwa lata temu udało nam się tylko dla partnerów społecznych pozyskać środki finansowe z Komisji Europejskiej, gdzie partnerzy społeczni stworzyli ponad dziewięć tematów, w których chcą się dokształcić. Stworzyli wiele projektów i to jest dowód, że po prostu jesteśmy coraz bardziej funkcjonalni jako partnerzy społeczni – relacjonował prelegent. Jak zaznaczył, to właśnie takie działania sprawiają, że strona społeczna staje się coraz bardziej profesjonalna i funkcjonalna. O ile jednak na szczeblu centralnym widać pewien postęp edukacyjny, o tyle prelegent bardzo surowo ocenił kondycję obrad w regionach.
– Ciągle odnoszę wrażenie, że w województwach jest bardzo źle i w niektórych naprawdę nie jest zrozumiałe, jak powinien wyglądać dialog społeczny – alarmował przedstawiciel OPZZ.
Wobec tych wielopoziomowych wyzwań, z uznaniem odniósł się do wcześniejszych zapowiedzi przewodniczącego prof. Jana Klimka, chwaląc inicjatywę zorganizowania spotkania i w pełni poważnej debaty o przyszłym kształcie RDS. Swoje wystąpienie Zygmunt Mierzejewski zakończył gorzką refleksją dotyczącą bieżących uwarunkowań politycznych, w tym braku oczekiwanego wsparcia ze strony nowej władzy.
– Myśleliśmy na początku, że jak zmieni się strona rządowa, to zostanie wzmocniona dialog społeczny i rola dialogu społecznego nawet finansowo. Niestety tak się nie stało, nad czym bolejemy – skwitował z rozczarowaniem.
Prof. Marek Pliszkiewicz z Akademii Humanitas w Sosnowcu, odnosząc się do niezwykle szerokiego tematu debaty, zaznaczył na wstępie, że jako prawnik odczuwa pewien niedosyt. Zauważył, że dyskusja toczy się dotychczas głównie w oparciu o szerokie rozumienie nauk społecznych, podczas gdy brakuje w niej pogłębionej analizy prawnej. Jako przykład wagi aspektów prawnych przywołał kwestię postrzegania dialogu społecznego w prawodawstwie unijnym, nawiązując do wspomnianego wcześniej przez prof. Srokę artykułu o deliberacjach europejskich.
– Podam przykład dwóch ostatnich dyrektyw o równości wynagrodzenia kobiet i mężczyzn i o minimalnym wynagrodzeniu. Dyrektywy odwołują się do rozwiązań dialogu społecznego w poszczególnych krajach członkowskich – argumentował, przypominając, że obok przepisów uniwersalnych, istnieją rozwiązania pozostawione w wyłącznej kompetencji państw narodowych. Spojrzenie na te mechanizmy właśnie z prawniczego punktu widzenia uznał za niezwykle interesujące. Profesor zwrócił również uwagę na brak publikacji prawniczych w zaprezentowanej bibliografii. Zastanawiał się głośno, czy przedstawiciele innych dziedzin nauki w ogóle sięgają po literaturę prawniczą z zakresu dialogu. Wspomniał przy tym sytuację z przeszłości, gdy na prośbę prof. Juliusza Gardawskiego przedstawił mu obszerną publikację stanowiącą podsumowanie wieloletniej pracy szkół dialogu społecznego (organizowanych przez pracodawców i związkowców w Gdańsku oraz w Wilnie), którą określił mianem „czegoś fantastycznego”.
W drugiej części swojego wystąpienia prof. Pliszkiewicz przeszedł do kwestii permanentnego dyskutowania o kryzysie dialogu oraz niedostatecznym rozprzestrzenianiu wiedzy (zarówno prawnej, jak i socjologicznej czy ekonomicznej). Przywołał w tym kontekście wielki projekt systemowy realizowany w latach 2008–2009: „Poprawa funkcjonowania systemu dialogu społecznego oraz wzmocnienie instytucji i uczestników dialogu społecznego”, koordynowany przez Departament Dialogu i Partnerstwa Społecznego ówczesnego Ministerstwa Pracy. Przypomniał, że projekt ten składał się z trzech głównych komponentów: przeprowadzenia analizy i opracowania rekomendacji, stworzenia modelowego systemu kształcenia oraz opracowania koncepcji wsparcia instytucjonalnego polskiej strony w oparciu o dobre praktyki z UE. Na tle tego potężnego przedsięwzięcia prelegent zdiagnozował bardzo niepokojące zjawisko systemowe: absolutny brak kontynuacji podejmowanych wysiłków badawczych. – Właściwie mam wrażenie, że bardzo często zaczynamy od nowa. Zaczynamy, robimy kawałek, odkładamy gdzieś na półkę – ocenił krytycznie.
Podzielił się przy tym surowym wspomnieniem z samego procesu tworzenia rekomendacji do wspomnianego projektu, z którego uczestnicy po prostu się wycofali z braku chęci, pozostawiając napisanie dokumentu jemu oraz jednemu urzędnikowi z Instytutu Spraw Publicznych.
Przechodząc do merytorycznych wniosków z tamtego okresu, profesor podkreślił, że powtarzającym się od lat stwierdzeniem jest to, iż wiedza uczestników na temat dialogu społecznego jest zdecydowanie niewystarczająca na każdym możliwym szczeblu: zakładowym, ponadzakładowym, krajowym i europejskim. Zobrazował to anegdotą ze swoich rozmów z przedstawicielami pracowników, którzy na pytania o dialog europejski odpowiadali, że od tych spraw wyznaczony jest u nich tylko jeden człowiek – Sławomir Adamczyk. Profesor zwrócił się bezpośrednio do obecnego na sali Adamczyka z przeprosinami za to wywołanie, zaznaczając jednocześnie, że delegowanie kompetencji na jedną osobę to błąd, a każdy szeregowy czy kierowniczy członek związku zawodowego powinien chociażby chcieć wiedzieć o fundamentalnych sprawach europejskich.
Profesor wskazał również na ogromny deficyt elementarnej wiedzy na poziomie zakładów pracy – w tym podstawowej wiedzy prawniczej dotyczącej Kodeksu pracy, układów zbiorowych czy dostępnych sposobów reprezentacji. Jak zaznaczył, pracownicy nie znają przebiegu ani efektów dialogu we własnych firmach.
– Przyczynia się to do poczucia, że ich interesy nie są reprezentowane i pracownicy stosunkowo często przypisują działaczom związków zawodowych nieskuteczność, a pracodawcom brak dbałości o interesy – punktował prelegent, przypominając, że są to diagnozy z lat 2008–2009.
Podsumowując, prof. Pliszkiewicz z ogromną przykrością stwierdził, że dawne wnioski co jakiś czas można po prostu powtarzać kalką, nic się bowiem w tej materii nie zmienia. Odnosząc się do wcześniejszych słów dr Czarzastego o potrzebie i poszukiwaniu pomysłów na ożywienie układów zbiorowych pracy, sformułował na koniec konkretny postulat.
– Jednym z pomysłów, które ja tutaj zgłaszam, jest to, żeby gdzieś to gromadzić w jednym miejscu i próbować kontynuować to, co już zrobiliśmy, odwoływać się, a nie ciągle zaczynać tego wszystkiego od nowa – zakończył z nadzieją na zmianę podejścia instytucjonalnego.
W odpowiedzi na wystąpienie profesora Pliszkiewicza, krótki komentarz wygłosił moderator – prof. Jacek Sroka. Odniósł się do postawionej przez przedmówcę diagnozy dotyczącej zjawiska swoistego déjà vu, polegającego na powracaniu do tych samych, nierozwiązanych od lat problemów i ciągłym zaczynaniu pracy od nowa. Nawiązując do prawniczego punktu widzenia zarysowanego przez prof. Pliszkiewicza, moderator powrócił do swojej myśli z początku panelu, po raz kolejny akcentując wagę nieustannego treningu umiejętności dialogowych. Zwrócił przy tym uwagę na istotną różnicę oraz konieczność synergii pomiędzy twardą, merytoryczną argumentacją a siłą przekonywania.
– Nie ma dobrej argumentacji bez perswazji. Prawnicy głównie argumentują. To jest fakt – przyznał prof. Sroka. Szybko jednak uściślił tę myśl, zaznaczając, że sam fakt stanowi w gruncie rzeczy „produkt społeczny”, w związku z czym jego skuteczne zakomunikowanie wymaga odpowiedniej oprawy perswazyjnej. Aby zilustrować tę tezę i mechanizmy rządzące komunikacją, prelegent posłużył się plastycznym porównaniem kulinarnym, wskazując na konieczność stosowania wyważonego, ale wyraźnego ładunku emocjonalnego. – Bez dobrej perswazji, która siłą rzeczy musi być emocjonalna, ale nie nadmiernie. Natomiast nie może być letnia, bo to jest jak z zupą. Ona jest lepsza, gorąca. Więc musimy to wyważać, po prostu uczyć nowe pokolenia i to jest nasza rola, z której się chyba nie najlepiej wywiązujemy – tłumaczył obrazowo.
Jerzy Śliwa, stojący na czele Polskiej Izby Mediatorów, zapowiedział, że jego wypowiedź, choć z pozoru nieco chaotyczna, wniesie do debaty nowe treści. Przedstawiciel krakowskiego środowiska mediatorów odniósł się bezpośrednio do słów dr Rafała Towalskiego, przyznając mu rację w kwestii społecznej preferencji do konfrontacji.
– Podoba mi się ten głos, że czujemy się lepiej w zwarciu, a dialog nudzi – przyznał, dodając, że ta konfrontacja często staje się dla uczestników atrakcyjna ze względu na stosowane chwyty perswazyjne. Jak zauważył, przed posiedzeniami Rady Dialogu Społecznego uczestnicy często wręcz szykują się na to, w jaki sposób i w kogo uderzyć tym razem. Mimo tych gorzkich refleksji, Jerzy Śliwa postawił wyraźną tezę pozytywną, przypominając, że w tym roku mija 35 lat od uchwalenia ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych.
– Jakbyśmy to wszystko ogarnęli, co wydarzyło się przez 35 lat i zobaczyli, w jakim jesteśmy miejscu, to my, mediatorzy, jeszcze mamy swoją perspektywę od 2005 roku – relacjonował. W tym kontekście przywołał nazwiska dwóch wybitnych postaci, które stworzyły fundamenty pod rozwój tej dziedziny w Polsce: prof. Jerzego Hausnera (który zdaniem prelegenta do dziś miałby wiele do powiedzenia o tym, co się udało, a co należy jeszcze zaprojektować) oraz prof. Tadeusza Erecińskiego, który ułożył rzeczywistość mediatorów w Kodeksie postępowania cywilnego.
Nawiązując do jubileuszowej publikacji „Dialog społeczny – koleiny i rozdroża”, prelegent przyznał, że niezwykle pasjonuje go ten tytuł, gdyż doskonale oddaje obecną rzeczywistość. Jak poinformował, środowisko mediatorów, korzystając z 35-lecia wspomnianej ustawy, przygotowało własny, znacznie szerszy projekt ustawy o mediacji, mający kompleksowo uregulować ten obszar. Wyraził przy tym marzenie, by zasoby i zaplecze Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” służyły w przyszłości znacznie szerszym celom. Główną osią wystąpienia szefa Polskiej Izby Mediatorów stała się jednak diagnoza potężnego problemu komunikacyjnego. Prelegent posłużył się „pandemiczną koncepcją”, wskazując, że społeczeństwo podzieliło się na odizolowane bańki, tworząc hermetyczne „enklawy szczęścia”.
– Wybaczcie mi tę obrazoburczość, ale mnie się wydaje, że ktoś, kto jest spoza kręgu tego dialogu, w którym Państwo uczestniczycie, kompletnie by Państwa nie rozumiał. Żadnego zdania by nie zrozumiał z tego, co Państwo mówicie – zdiagnozował z mocą. Jak dodał, działa to w obie strony, a sam problem ma fundamentalne podłoże.
– Stawiam taką tezę, że problem dialogu jest głębszy. On polega na tym, że my siebie nie słyszymy, bo nie chcemy siebie słyszeć. Jesteśmy tak bardzo rozpędzeni na tych rozdrożach i każdy zbudował już tu swój dobrostan i chce go po prostu rozwijać, budować. Nie interesuje go los innych – punktował Śliwa. Aby wyjść z tego impasu, prelegent zaproponował zaczerpnięcie z koncepcji zarządzania i „odwrócenie analizy SWOT”. Zasugerował, by zacząć od poszukiwania zagrożeń, ale wyłącznie tych niezwiązanych z polityką (ponieważ polityka w naturalny sposób karmi się konfliktami). Celem powinno być znalezienie realnego problemu społecznego, wokół rozwiązania, którym udałoby się połączyć ludzi żyjących dziś we własnych enklawach. Jerzy Śliwa zaapelował o włączenie do struktur dialogowych praktyków z jego środowiska.
– Bardzo bym chciał teraz, żeby te struktury dialogowe mogły przyswoić trochę nas, mediatorów, żeby zobaczyć przykład, jak można rozwiązywać konflikty społeczne na nowo w tej rzeczywistości, w której teraz jesteśmy. Potrzebujemy modeli – przekonywał. Mocno zaakcentował kwestię edukacji, którą uznał za najważniejszą. Z żalem stwierdził, że w Polsce brakuje krajowych modeli, na których można by się uczyć dialogu, a samo pojęcie „demokracji deliberatywnej” poza murami sali konferencyjnej byłoby dla społeczeństwa całkowicie niezrozumiałe. Skierował przy tym słowa ogromnego uznania dla Unii Europejskiej, wskazując, że gdyby nie funkcjonujące tam mechanizmy, polskie społeczeństwo „naprawdę nie miałoby się od kogo uczyć”.
Zamykając swoje wystąpienie, Jerzy Śliwa ponownie wyraził nadzieję, że uda się namówić CPS „Dialog” do szerszej współpracy ze środowiskiem mediatorów, co pozwoli na realny rozwój dialogu i przełożenie go na codzienność. Podziękował również za zorganizowanie niezwykle inspirującej konferencji i zadeklarował, że wręczoną mu książkę przeczyta przysłowiowo „od deski do deski”.
Odpowiadając na wystąpienie Jerzego Śliwy, prof. Jacek Sroka wyraził pełną aprobatę dla postawionych przez niego tez. Jako wykładowca akademicki przyznał, że diagnozy dotyczące braku umiejętności komunikacyjnych i zamykania się w bańkach potwierdzają jego własne, codzienne obserwacje poczynione wśród studentów. Moderator odniósł się do kwestii innowacji partycypacyjnych, które jak zauważył często żywo angażują młode pokolenie. Z pełnym zrozumieniem i aprobatą wypowiedział się o naturalnej potrzebie buntu.
– Młodzież lubi mieć nastroje rewolucyjne i to bardzo dobrze. Emocje to jest coś, co niesie młodych – zauważył prof. Sroka. Nawiązując bezpośrednio do propozycji szerokiego włączenia środowiska mediatorów w procesy społeczne, prowadzący wskazał na jeszcze jeden, fundamentalny deficyt w polskim systemie dochodzenia do porozumienia. Zdiagnozował tę sytuację nie tyle jako kryzys, co po prostu bardzo dotkliwy brak odpowiednich kadr. – Jasne, ja w Polsce jeszcze widzę jeden bardzo wielki, nie tyle kryzys, co brak. Brakuje w tych rozwiązaniach profesjonalnych facylitatorów czyli takich ludzi, którzy, przepraszam za uogólnienie i spłycenie, którzy w którymś momencie znikają, zlewają się ze ścianą i strony zaczynają partycypacyjnie dialogować – podkreślił.
Po serii głosów z sali do dyskusji powrócił dr Jan Czarzasty ze Szkoły Głównej Handlowej, czując się w obowiązku uzupełnienia luk w wyznaczonych na początku ramach debaty. W pierwszej kolejności odniósł się jednak bezpośrednio do zarzutu prof. Pliszkiewicza dotyczącego rzekomego ignorowania prawniczego punktu widzenia przez badaczy z innych dziedzin. Doktor Czarzasty uspokoił przedmówcę, zapewniając, że przedstawiciele nauk społecznych nie tylko czytają publikacje prawników, ale również wspólnie z nimi tworzą. Jako dowód przywołał niedawno wydaną książkę pod redakcją prof. Łukasza Pisarczyka oraz Barbary Surdykowskiej, poświęconą ponadnarodowym układom zbiorowym. – Jestem rodzynkiem, bo głównie prawnicy tam występują. A i jeden geograf, oczywiście, w osobie człowieka instytucji, czyli Sławka [Sławomira Adamczyka – przyp. red.] – wyjaśnił z uśmiechem, udowadniając interdyscyplinarność prowadzonych badań.
Przechodząc do merytorycznego wątku europejskiego wymiaru dialogu społecznego, prelegent z SGH podzielił się wysoce niepokojącą diagnozą na temat kondycji dwóch kluczowych mechanizmów: ponadnarodowych układów zbiorowych (TCA) oraz Europejskich Rad Zakładowych (ERZ). Jak wskazał, te pierwsze, będące w zamyśle prototypem międzynarodowych porozumień, niestety powoli obumierają, ponieważ „wiszą trochę w próżni”. Aby uzmysłowić skalę problemu, dr Czarzasty przytoczył wprost opinię przedstawiciela jednej z europejskich federacji branżowych, z którym przeprowadzał wywiad badawczy. Związkowcy, z racji braku odpowiednich narzędzi na poziomie unijnym (takich jak europejskie prawo do strajku czy sporu zbiorowego), rezygnują z uczestnictwa w tym procesie. – Stwierdził, że oni (…) nie chcą się mówiąc brzydko w to bawić ze względu na to, że oni nie będą uczestniczyli w czymś, co jest ich zdaniem rytuałem (…). Nie ma instrumentu nacisku, nie chcą w związku z tym firmować inicjatyw, w których związki mogłyby potencjalnie bardziej stracić niż cokolwiek zyskać – relacjonował.
Drugim zasygnalizowanym problemem jest postępująca degradacja Europejskich Rad Zakładowych. Badacz powołał się tu na wieloletnie obserwacje Sławomira Adamczyka, z których wynika, że drastycznie przybywa rad pozbawionych elementu związkowego. Doktor Czarzasty wpisał to zjawisko w szerszy, wspomniany wcześniej przez siebie kontekst tendencji autorytarnych. Polega to na przejmowaniu instytucji (institutional capture), a następnie „wydrążaniu ich od środka”.
– Rady, w których przedstawicielem pracowników jest ktoś niemający żadnego instytucjonalnego umocowania, można podejrzewać, że wskazany palcem przez pracodawcę, stają się atrapami – ocenił surowo. Podsumowując wątek unijny, zaapelował, by w ramach edukacji czerpać z Europy nie tylko wzorce pozytywne, ale i uczyć się na jej błędach, bo te złe praktyki bywają często „bardziej wartościowe i pouczające”.
W ostatniej części swojej wypowiedzi dr Czarzasty powrócił na grunt krajowy, nawiązując do tez prof. Sroki i prof. Klimka o przyszłości Polski. Skupił się na zjawisku zanikania dotychczasowego modelu rozwoju gospodarczego, określanego przez politologów (Andreasa Nölkego i Arjana Vliegentharta) mianem „zależnej gospodarki rynkowej”. Model ten, charakterystyczny dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej przyjętych do UE po 2004 roku, opierał się na jednej głównej przewadze konkurencyjnej: niedrogiej, ale dobrze wykwalifikowanej sile roboczej.
– I to jest ta przewaga konkurencyjna, która nam się wyczerpała. Nie chcę mówić wyczerpuje, ona się wyczerpała. Mamy ogromny problem – zdiagnozował wprost prelegent.
Przypomniał, że ten strukturalny deficyt został trafnie rozpoznany już ponad dekadę temu w „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, która wskazywała m.in. na chronicznie niską stopę inwestycji. Mimo tej wiedzy, sytuacja nie uległa poprawie, czego namacalnym dowodem jest dyskutowany wcześniej, niezwykle niski potencjał innowacyjny polskiej gospodarki. Opierając się na danych z dużego projektu badawczego SGH poświęconego migracjom i rynkowi pracy, dr Czarzasty wskazał na wysoce ryzykowny trend: polska gospodarka usiłuje dziś reanimować wyczerpany model taniej pracy, posiłkując się falą migrantów.
– To nie jest perspektywiczne, zdajemy sobie z tego sprawę. Tym bardziej, że myśmy nie zbudowali silnych, strukturalnych przesłanek do tego, żeby spora część tych ludzi zmieniła swoją orientację, bo to jest orientacja gastarbeitera, przepraszam za to porównanie, ale ono dotyka sedna sprawy – punktował badacz, wskazując na niestabilność opierania gospodarki na osobach, które traktują pobyt w Polsce wyłącznie tymczasowo („są tutaj, ale jutro może ich nie być”).
Na zakończenie swojego wystąpienia dr Jan Czarzasty podkreślił, że to zjawisko stanowi nie tylko potężne wyzwanie dla struktur państwowych, ale wyznacza również potężną przestrzeń do zagospodarowania przez instytucje dialogu społecznego.
– Partnerzy społeczni powinni moim zdaniem się do tego odnieść, zwrócić większą uwagę na to zjawisko – podsumował.
W krótkim komentarzu podsumowującym słowa przedmówcy, prof. Jacek Sroka poruszył problem efektywności polskiego rynku pracy. Powołując się na dane z raportu OECD z 2024 roku, wskazał na wyraźny paradoks: choć Polacy wciąż pracują bardzo dużo pod względem liczby godzin (nawet jeśli nieco mniej niż w przeszłości), to nasza produktywność pozostaje na niskim poziomie. Nawiązując do dyskutowanego wcześniej zjawiska migracji zarobkowej, moderator podzielił się osobistym doświadczeniem, przyznając, że przez lata sam pracował jako gastarbeiter na niemieckich budowach, co w tamtym czasie było powszechnym rozwiązaniem. Swoją diagnozę dotyczącą konieczności zmiany podejścia do współczesnej gospodarki i rozwoju, prof. Sroka skwitował przywołaniem znanego angielskiego porzekadła: „Don’t work hard, try to work smart”.
Profesor Zdzisław Czajka z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych swoją wypowiedź rozpoczął od skierowania bezpośredniego pytania, stanowiącego zarazem krytyczny komentarz, do moderatora panelu oraz całego gremium Rady Dialogu Społecznego. Profesor poruszył fundamentalny problem braku rzeczywistej reprezentatywności w łonie instytucji. Zapytał wprost, czy członkowie RDS mają świadomość, że w najmniejszym stopniu reprezentowani są tam sami pracownicy, a także znaczna część pracodawców.
– Chodzi o tzw. sektor MŚP, który stanowi ponad 90 procent, jeśli chodzi o firmy w Polsce. Ten sektor jest najmniej zrzeszony zarówno w organizacjach pracodawców, jak i pracowników – zauważył prelegent.
Zwrócił uwagę na wyraźny dysonans pomiędzy założeniami a rzeczywistością: – Rada Dialogu Społecznego niby ma reprezentować i pracowników, i pracodawców, a faktycznie jak się dokładnie policzy, to się okazuje, że to wcale nie jest tak dobrze.
Profesor Czajka przeszedł następnie do omówienia rynkowych skutków tego stanu rzeczy, podając za jaskrawy przykład politykę dynamicznego wzrostu płacy minimalnej. Jak zauważył, jest ona forsowana głównie przez największe organizacje związkowe (takie jak NSZZ „Solidarność” i OPZZ). Przypomniał jednak, że ogólny poziom uzwiązkowienia w Polsce jest bardzo niski w porównaniu choćby z państwami skandynawskimi czy Niemcami. I choć można by wysnuć wniosek, że osoby niezrzeszone „są sobie same winne”, to systemowe konsekwencje tych podwyżek dotykają całej gospodarki. Z perspektywy makroekonomicznej Polska znalazła się obecnie w statystycznej czołówce.
– Jeśli chodzi o relacje między minimalnym wynagrodzeniem a przeciętnym wynagrodzeniem, to Polska jest chyba na drugim albo trzecim miejscu, jeśli chodzi o czołówkę w tej korzystnej relacji – przyznał ekspert. Natychmiast jednak zapytał o realne skutki tego zjawiska dla samych zatrudnionych. Opierając się na swoim wieloletnim doświadczeniu badacza systemów płacowych, prof. Czajka ostrzegł przed destrukcyjnym wpływem gwałtownych podwyżek na strukturę pensji: – Oczywiście niby się cieszą, że minimalne wynagrodzenie rośnie, ale czy Państwo jako Rada Dialogu Społecznego mają świadomość, że w ten sposób cierpi, jeśli tak można powiedzieć, normalne wynagrodzenie jako motywacja? – pytał retorycznie.
Aby zobrazować zjawisko spłaszczenia siatki płac, badacz przywołał swoje ostatnie analizy dotyczące administracji rządowej, a dokładnie Korpusu Służby Cywilnej.
– W niektórych urzędach, np. na szczeblu powiatowym w administracji rządowej większość pracowników ma wynagrodzenie na poziomie minimalnego, bo po prostu urzędy dostają zbyt mało środków – relacjonował. Wskazał na absurdalną sytuację, w której w państwowych jednostkach budżetowych początkujący specjaliści zarabiają dokładnie tyle samo, co wynosi ustawowe minimum, ponieważ instytucji nie stać na więcej.
– Czyli po prostu zawyżone wynagrodzenie minimalne szkodzi, można powiedzieć, wynagradzaniu pracowników – zdiagnozował z mocą.
Kończąc swój referat, przedstawiciel Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych spojrzał na problem z perspektywy ekonomisty i sformułował jasny postulat pod adresem decydentów: – Wydaje się, Rada Dialogu Społecznego, dbając o wszystkie wskaźniki makroekonomiczne, powinna również czuwać nad pewnymi realnymi możliwościami, żeby nie było takiej sytuacji, że walczymy o coś, ale jednocześnie szkodzimy w innych obszarach – podsumował prof. Zdzisław Czajka, dziękując zgromadzonym za uwagę.
W krótkiej odpowiedzi na wystąpienie prof. Czajki, prof. Jacek Sroka podziękował za zabranie głosu i wniesiony komentarz. Jednocześnie zwrócił się z prośbą do dyrektor Iwony Zakrzewskiej o to, by przekazała usłyszane postulaty bezpośrednio do członków Rady Dialogu Społecznego. Moderator uściślił przy tym status swój oraz dr Czarzastego, przypominając zgromadzonym, że nie pełnią oni funkcji decyzyjnych w strukturach omawianego gremium.
– My z kolegą Jankiem Czarzastym nie jesteśmy w Radzie Dialogu Społecznego, my jesteśmy pracownikami nauki – spuentował prof. Sroka, wskazując na ściśle badawczy charakter ich uczestnictwa w debacie.
Jako kolejna głos w zabrała prof. Zdzisława Janowska, reprezentująca Komitet Nauk o Pracy i Polityce Społecznej Polskiej Akademii Nauk. Na wstępie zapowiedziała, że jej zamiarem jest „trochę tutaj zamieszać”. Swoje wystąpienie oparła na wieloletnim doświadczeniu osoby zaangażowanej w sprawy społeczne na szczeblach: lokalnym, parlamentarnym oraz edukacyjnym. Prelegentka ostro skontrastowała teoretyczne rozważania prowadzone w sali z bieżącymi wydarzeniami, wskazując na drastyczny rozziew między ideą a praktyką.
– Dialog społeczny jest fantastyczną sprawą, a rzeczywistość jest zupełnie zgoła inna. Możemy sobie tutaj mówić bardzo mądre rzeczy, a rzeczywistość piszczy za oknem – zdiagnozowała. Zwróciła uwagę zgromadzonych na odbywający się właśnie na ulicach Warszawy duży protest społeczny. Relacjonowała, że w drodze na spotkanie mijała policyjne kordony, radiowozy i ustawione bramki, a w związku z odbywającym się zgromadzeniem uczestnicy konferencji będą mieli duże problemy z powrotem do centrum. Wskazując na ten uliczny chaos, prof. Janowska zwróciła uwagę na bezsilność samego aktu dyskutowania wobec nadrzędnej roli polityki.
– My spokojnie siedzimy sobie na zebraniu dialogu społecznego i mówimy o rzeczach, które czasami są niestety niemożliwe do zrealizowania, dlatego że to, o czym wszystkim mówimy, jest polityczne – punktowała, zaznaczając, że nie promuje żadnej konkretnej opcji, gdyż reguła ta dotyczy każdej ekipy rządzącej. – Każda władza ma w ręku wszystko. A my możemy tłumaczyć, opiniować, określać swoje stanowisko, a w którymś momencie się to wszystko zatrzymuje. W ocenie profesor Janowskiej, bogate doświadczenie ekspertów, wspaniałe badania naukowców, europejskie kontakty i unijne dyrektywy zderzają się ostatecznie z decyzyjnym murem. Skwitowała to gorzką refleksją, że nieżyjący patron Centrum, Andrzej Bączkowski, „pewnie by kolejny raz nie wytrzymał” obserwując ten stan rzeczy. Aby zobrazować swoją tezę o braku sprawczości, prelegentka przywołała swoje doświadczenia z Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego w Łodzi. Nakreśliła dramatyczny obraz zadłużonego miasta, „które pada, absolutnie pada i w którym nic nie można zrobić”, a o którego losie i tak decydują ostatecznie mass media oraz określone grupy interesów, a nie merytoryczne dyskusje.
Profesor Janowska zwróciła uwagę na systemowe lekceważenie dialogu przez kolejne rządy oraz na całkowity brak kontaktu ze stroną rządzącą, o czym rozmawiała wcześniej z dyrektor Iwoną Zakrzewską. Wskazała, jak łatwo w parlamencie przepychane jest ustawodawstwo o charakterze antyspołecznym i antypracowniczym: – To wszystko jest polityka. Dwa głosy do góry i już koniec. I przepada wszystko, wspaniałe społeczne inicjatywy – relacjonowała z bezsilnością.
Prelegentka nawiązała również do wątku edukacyjnego, dzieląc się swoimi doświadczeniami z wieloletniego prowadzenia zajęć z partycypacji społecznej. Wspominała czasy, gdy udawało jej się uczyć dialogu w sposób niezwykle praktyczny, rozwiązując ze studentami „na żywo” realne konflikty społeczne toczące się „za oknem”. Jednocześnie w pełni zgodziła się z przedmówcami, że współczesny student jest nastawiony zupełnie inaczej. – Jemu się nie chce w to wszystko włączyć, bo siedzi „w telefonie” i patrzy, co tam ciekawego zobaczył – oceniła, przyznając, że dziś brakuje narzędzi do zmobilizowania i ożywienia młodego pokolenia.
W konkluzji swojego wystąpienia, które sama określiła jako „smutne”, prof. Janowska wystosowała stanowczy apel o przywrócenie dialogowi społecznemu właściwej rangi, zwłaszcza w obszarze decydowania o przyszłej polityce gospodarczej, o której wspominał wcześniej dr Jan Czarzasty.
– Zróbmy coś, ażeby ta ranga de facto, ona jest duża i mamy bardzo wielkie osiągnięcia, ale żeby ta ranga była podniesiona jeszcze bardziej i żebyśmy mogli naprawdę zabrać głos i żeby nas ktoś zechciał wysłuchać – apelowała, wzywając na koniec do stanowczego żądania egzekwowania i uszanowania dialogu społecznego w Polsce.
Norbert Kusiak z OPZZ, jako praktyk dialogu społecznego – będący członkiem zespołów problemowych, a także sekretarzem Rady Dialogu Społecznego – podzielił się wnioskami płynącymi z codziennego zaangażowania w prace tej instytucji. Przedstawiciel OPZZ w pełni zgodził się z tezą zarysowaną na początku przez prof. Jacka Srokę, przyznając bez ogródek, że stoimy w obliczu bardzo poważnego kryzysu dialogu. W jego ocenie wymiernym wskaźnikiem tego stanu rzeczy jest znikoma liczba realnych porozumień zawieranych pomiędzy partnerami społecznymi (zarówno w dialogu autonomicznym, jak i trójstronnym).
– Proszę Państwa, gdybyście zerknęli na liczbę uchwał przyjętych na tej sali pomiędzy stroną rządową, stroną pracodawców i stroną pracowników, to są to uchwały techniczne dotyczące np. programu prac na kolejny rok – punktował Kusiak. Z ubolewaniem stwierdził, że brakuje uchwał merytorycznych, które skutecznie rozwiązywałyby kluczowe problemy stojące przed RDS. Odniósł się przy tym do wcześniejszego pytania postawionego przez Jerzego Śliwę, retorycznie pytając zgromadzonych, jaki rodzaj problemu musiałby się pojawić, by w końcu doprowadzić do centralizacji interesów. Prelegent zaznaczył jednak, że organizacje związkowe nie powinny jedynie przerzucać winy na innych.
– Ja jako reprezentant OPZZ zadaję sobie pytanie, co my jako OPZZ możemy poprawić, bo to też jest bardzo ważne, żeby nie tylko oczekiwać od drugiej strony, ale także patrzeć na siebie – zadeklarował. Niestety, w tym aspekcie obraz uznał za pesymistyczny, zgadzając się z przedmówcami, że odzew i chęć młodych ludzi do angażowania się w działalność związkową czy ogólnie społeczną są obecnie bardzo niewielkie.
Podzielając zdanie prof. Sroki o konieczności nieustannego „treningu” dialogu, Norbert Kusiak wskazał na fundamentalny problem na poziomie wczesnej edukacji.
– Jeżeli popatrzymy na podręczniki edukacyjne w gimnazjum i widzimy, że mamy przedmiot, który dotyczy szeroko rozumianej przedsiębiorczości i w tym podręczniku o dialogu społecznym, o prawach ludzi pracy jest pół strony albo strona, to trudno oczekiwać, że ktoś na tej bazie będzie dobrym negocjatorem, będzie starał się włączyć w aktywność społeczną – argumentował, apelując o budowanie kompetencji już od najmłodszych lat.
Chcąc nieco przełamać pesymistyczny ton dyskusji, prelegent przytoczył budujący przykład, który określił mianem „jaskółki zmian”. W ubiegłym roku, po raz pierwszy od wejścia w życie ustawy o RDS (czyli od 2015 roku), udało się w ramach dialogu autonomicznego wypracować ze stroną pracodawców wspólne porozumienie. Dotyczyło ono kluczowej kwestii: zbyt niskich płac w sektorze publicznym i ignorowania tego faktu przez stronę rządową: – Po wielu latach dyskusji (…) spotkaliśmy się jako strony. Zobaczyliśmy, że wynagrodzenie to nie jest koszt, to jest inwestycja – wspominał Kusiak. Choć stronom nie udało się ustalić wspólnego wskaźnika podwyżek na kolejny rok, to zgodnie podniosły alarm (w formie uchwały nr 139 strony pracowników i strony pracodawców Rady Dialogu Społecznego z dnia 14 lipca 2025 r. w sprawie wysokości wzrostu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej w 2026 r.), protestując przeciwko propozycji rządu wynoszącej 3 proc., która de facto oznaczała realny spadek wynagrodzeń.
Nawiązując do tez prof. Klimka z początku konferencji, przedstawiciel OPZZ ocenił, że w tym jednym, rzadkim przypadku w końcu pojawiły się dwa niezbędne filary dialogu: zaufanie oraz dobra komunikacja. Zabrakło jednak trzeciego elementu – zaangażowania strony rządowej, co brutalnie potwierdziło wcześniejsze tezy prof. Janowskiej.
– Ten rząd miał wszelkie instrumenty, aby spróbować znaleźć konsensus w tej sytuacji. A rząd nawet nie zareagował na tę uchwałę i nie przystąpił do dalszych prac – relacjonował rozgoryczony. Podsumowując, Norbert Kusiak uznał to za ogromną, zmarnowaną szansę. Choć obie strony zdawały sobie sprawę z trudnych realiów finansowych, to samo podjęcie rozmów przez rządzących stanowiłoby potężną wartość. Zamiast tego powróciło pytanie o przyszłość i kierunek, w którym zmierza polski dialog społeczny.
W krótkiej odpowiedzi moderator panelu podziękował za ten głos, przyznając, że problem zaniżonych wynagrodzeń w sektorze publicznym jest mu oraz pozostałym panelistom ze świata nauki doskonale znany z autopsji. Zadeklarował również, że postara się zapamiętać przywołaną przez przedmówcę ważną uchwałę.
Profesor Sroka podzielił się przy tym ogólną refleksją na temat obecnej narracji kręgów opiniotwórczych i decyzyjnych. Zauważył, że powszechne hasło „jest wojna” (które skojarzyło mu się z filmem „Barton Fink”) służy dziś do uzasadniania priorytetowego traktowania zbrojeń.
– Ja się z tym zgadzam, to jest zagrożenie – przyznał. Zaznaczył jednak z niepokojem, że podnoszenie wydatków na bezpieczeństwo coraz częściej planuje się bezpośrednio kosztem innych ważnych obszarów funkcjonowania państwa, w tym właśnie środków, które powinny zostać przeznaczone na wynagrodzenia pracownicze. Po tym krótkim komentarzu moderator przekazał głos kolejnej osobie.
Do dyskusji ponownie włączył się dr Jan Czarzasty ze Szkoły Głównej Handlowej, dopowiadając krótki komentarz do refleksji prof. Jacka Sroki na temat nakładów na obronność. Prelegent potwierdził, że jest to zjawisko potencjalnie bardzo groźne. Zwrócił uwagę na niebezpieczny splot uwarunkowań ekonomicznych i politycznych w Polsce. Z jednej strony, państwo znajduje się w absolutnej europejskiej czołówce pod względem wydatków na armię, które w tym roku sięgną niemal 5 proc. PKB. Z drugiej jednak strony, towarzyszy temu zły stan finansów publicznych – rosnący deficyt oraz dług, które niebezpiecznie zbliżają się do dopuszczalnych progów alarmowych. Sytuację patową domyka systemowa niechęć do szukania dodatkowych wpływów do budżetu: – (…) praktycznie niemożliwe jest podniesienie podatków. Proszę zwrócić na to uwagę, zresztą jest to mocno stabuizowany temat. Zawsze zresztą był w dyskursie publicznym w Polsce – diagnozował ekspert SGH.
Przypomniał również o twardym i konsekwentnym stanowisku prezydenta, który wprost zapowiada brak podpisu pod jakimikolwiek ustawami podnoszącymi daniny. Konsekwencje tego makroekonomicznego klinczu są, zdaniem prelegenta, brutalne w skutkach.
– Jeżeli nie można dołożyć, to komuś trzeba zabrać. I ofiarą tego pada przede wszystkim sektor publiczny z państwową sferą budżetową – skwitował dr Czarzasty.
W tym kontekście odniósł się do przywoływanej chwilę wcześniej przez Norberta Kusiaka wspólnej uchwały związkowców i pracodawców. Jak zauważył dr Czarzasty, postulowana w niej indeksacja wynagrodzeń w sferze budżetowej i tak nie byłaby pełna, ponieważ w żaden sposób nie zrekompensowałaby wieloletniej utraty realnej wartości pensji wskutek inflacji. Co więcej, mając na uwadze opisaną wyżej kondycję finansów państwa, badacz przyznał, że reakcja rządzących na ten apel była do przewidzenia. – W dialogu ten temat został podjęty, ale ja akurat się nie dziwię temu, że rząd odniósł się do tej uchwały tak, jak się odniósł. Jest to przykre, ale niestety prawdziwe i nie stanowi dla mnie niespodzianki – podsumował realistycznie dr Jan Czarzasty.
Nawiązując do wspomnianego wcześniej przez prof. Zdzisławę Janowską protestu paraliżującego stolicę, głos zabrał Sławomir Adamczyk, reprezentujący NSZZ „Solidarność”. Poinformował zgromadzonych, że trwająca na Placu Zamkowym w Warszawie demonstracja została zorganizowana właśnie przez jego związek, który ocenił jako wciąż najbardziej sprawną organizację społeczeństwa obywatelskiego w kraju. Wyjaśnił przy tym wprost przyczyny wyjścia na ulice: – Jest tam wiele postulatów i spora część z nich (…) wynika właśnie z tego, o czym tu jest mowa, o braku realizacji pewnych kwestii w duchu dialogu społecznego na tej sali na przykład, więc trzeba się upomnieć o nie na ulicy – zaznaczył. Przechodząc do kwestii merytorycznych, Sławomir Adamczyk odniósł się bezpośrednio do diagnozy postawionej wcześniej przez prof. Zdzisława Czajkę w kwestii wynagrodzeń w sektorze finansów publicznych. Związkowiec w pełni zgodził się z profesorem, że brak waloryzacji płac doprowadził do głębokiej zapaści w sferze budżetowej, obarczając za ten stan rzeczy zarówno poprzednią, jak i obecną koalicję rządzącą. Jako przykład systemowej patologii wskazał sektor ochrony zdrowia, gdzie – choć personel medyczny zaczął zarabiać lepiej – szpitale nie mają środków na finansowanie samych zabiegów.
Związkowiec podzielił również obawy dr. Jana Czarzastego dotyczące rosnącego długu publicznego i deficytu. Jak ocenił, obecna władza boi się odwrócić negatywne trendy zapoczątkowane przez poprzedników z obawy przed spadkiem w sondażach, co prowadzi do sytuacji patowej i gwałtownego „rozjeżdżania się” płac między sektorem prywatnym a publicznym.
Adamczyk przyznał też rację prof. Czajce w kwestii niebezpiecznego zjawiska spłaszczania płac, wywołanego dynamicznym podnoszeniem płacy minimalnej.
– Spłaszczanie płac na skutek podnoszenia płacy minimalnej (…) to jest zjawisko niebezpieczne, ponieważ ono ogranicza chęć pracownika do efektywnej pracy – potwierdził.
Zauważył przy tym, że jeszcze w 2025 roku ponad 23 proc. polskich pracowników pobierało wynagrodzenie minimalne, choć – jak zaznaczył – najnowsze dane wskazują już na spadek tego wskaźnika poniżej 20 proc. Przedstawiciel „Solidarności” wziął jednak w obronę organizacje pracownicze, podkreślając ich odpowiedzialność. Przypomniał sytuację z przeszłości, gdy wynegocjowana przez związki propozycja wzrostu płacy minimalnej została sztucznie „przebita” przez ówczesny rząd wyłącznie dla celów politycznych. Wyjaśnił również, dlaczego strona społeczna tak mocno eksploatuje ten jeden mechanizm.
– Natomiast skoro nie mamy rozbudowanego systemu dialogu dwustronnego, systemu układów zbiorowych pracy (…) więc trudno się dziwić, że związki zawodowe próbują za pomocą tego instrumentu legislacyjnego, który mają dostępny, promować wzrost płac, oczekując, że w ślad za wzrostem płacy minimalnej podskoczy również płaca średnia – argumentował.
Podsumowując krajobraz polskiego dialogu, Adamczyk zdiagnozował go bardzo surowo. W jego ocenie związki zawodowe są zawsze chętne do rozmów, jednak problemem jest podejście polityków, którzy po 1989 roku stale próbują je marginalizować. Z kolei organizacje pracodawców uznał za słabe i służące głównie celom lobbystycznym, co w ostatecznym rozrachunku oddaje pełnię decyzyjności w ręce rządu. Jak dodał na koniec, sytuacja na poziomie europejskim nie wygląda wcale lepiej, co pokażą zbliżające się negocjacje z tamtejszymi pracodawcami.
Nawiązując do wypowiedzi Norberta Kusiaka głos ponownie zabrał Zygmunt Mierzejewski. Przedstawiciel OPZZ postanowił uzupełnić nakreślony wcześniej pesymistyczny obraz polskiego dialogu o wyraźnie pozytywny przykład. Wskazał na owocne prace Zespołu problemowego ds. funduszy europejskich RDS, którego jest członkiem. Jak poinformował, gremium to zdołało wypracować już ponad 20 porozumień, pod którymi w pełni zgodnie podpisały się wszystkie z 10 uczestniczących w nim organizacji partnerów społecznych: – Ten zespół naprawdę pracuje z otwartą przyłbicą. Wszyscy pracują nad tematami, a nie nad tym, co reprezentują – podkreślił z uznaniem prelegent, traktując ten wynik jako osiągnięcie, którym uczestnicy dialogu bezwzględnie powinni się chwalić. Jak zaznaczył, jest to dowód na to, że merytoryczna praca nad konkretnymi problemami może wziąć górę nad partykularnymi interesami organizacji. Odniósł się bezpośrednio do zarzutów sformułowanych wcześniej przez prof. Zdzisława Czajkę, który ubolewał nad brakiem realnej reprezentacji najmniejszych firm w Radzie Dialogu Społecznego. Mierzejewski przypomniał o żelaznych, systemowych ramach funkcjonowania tego typu instytucji, uświadamiając, że jak dotąd „nie wymyślono innego sposobu, tylko uczestnictwo na podstawie zrzeszenia się”. Przedstawiciel OPZZ zwrócił uwagę, że w przestrzeni dialogu funkcjonuje obecnie siedem reprezentatywnych organizacji pracodawców i absolutnie każda z nich głośno deklaruje dbałość o interesy sektora MŚP. W związku z tym przekazał niezadowolonym przedsiębiorcom jasną, pragmatyczną radę: – Proponuję albo zawrzeć porozumienie i zrzeszyć się, albo rozmawiać z organizacjami pracodawców na temat swoich postulatów – skwitował Zygmunt Mierzejewski, przerzucając tym samym ciężar dbania o siłę przebicia na samych zainteresowanych z sektora małych i średnich przedsiębiorstw.
Janusz Gołąb, reprezentujący Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, podziękował za organizację konferencji i wyraził pełną solidarność z przedmówcami (m.in. dr Towalskim i prof. Pliszkiewiczem). Swoje wystąpienie oparł na ponad dwudziestoletnim doświadczeniu aktywnego uczestnictwa w strukturach dialogu trójstronnego. Działacz OPZZ postanowił rozwiać wątpliwości co do tego, czy polski dialog faktycznie znajduje się w kryzysie, posługując się twardymi statystykami ze strony internetowej Rady Dialogu Społecznego.
– Partnerzy społeczni, czyli strona pracodawców i strona pracowników, przyjęła 146 uchwał. Są to wszystkie uchwały merytoryczne – wyliczał, dodając, że ponad połowa z nich dotyczyła kluczowych spraw dla społeczeństwa, w tym ochrony zdrowia i przemysłu. Zupełnie inaczej, jak zauważył, wygląda statystyka ustaleń trójstronnych, czyli tych z udziałem przedstawicieli władzy. Do kwietnia bieżącego roku przyjęto wspólnych uchwał dokładnie 80, jednak – jak ze smutkiem podkreślił prelegent – znalazła się wśród nich zaledwie jedna o charakterze merytorycznym, w dodatku zawarta blisko dekadę temu (dotyczyła rynku zamówień publicznych). Pozostałe to dokumenty stricte techniczne i finansowe.
– To jest tragedia – skwitował wprost Janusz Gołąb. Jak zaznaczył, te liczby dobitnie dowodzą, że wbrew powszechnym, krzywdzącym opiniom, to nie na linii pracodawcy-związki zawodowe leży problem, ponieważ te dwie grupy potrafią się dogadać. Główną blokadą systemu jest brak porozumienia z rządem. W tym kontekście prelegent zwrócił się z bezpośrednim apelem do obecnych na sali badaczy: – Tu prośba do Państwa profesorów, żeby przeanalizowali te 146 uchwał, gdzie partnerzy społeczni wskazywali, czy proponowali rozwiązania prawne, gospodarcze, mające służyć całemu społeczeństwu (…) I ile z nich zostało przekształconych przez stronę rządową w projekty jakiejkolwiek ustawy – postulował. Zastrzegł przy tym z uśmiechem, że on sam, jako emeryt, nie będzie się zajmował takim liczeniem, jednak środowisko naukowe powinno pochylić się nad tą zagadką. Z goryczą odniósł się do systemowego ignorowania przez rządzących oddolnych inicjatyw. Przypomniał niemal roczną, ciężką pracę ekspertów i legislatorów nad nowymi rozwiązaniami mającymi usprawnić działanie samej RDS. Choć projekt trafił na biurko prezydenta, zapadła głucha cisza.
– Ten dialog społeczny nie interesuje rządu. Rząd traktuje to jako fasadę, jako przykrywkę, żeby pochwalić się przed Unią Europejską, że w Polsce jest prowadzony dialog społeczny – zdiagnozował bezlitośnie. Porównując obecny system do krytykowanej niegdyś Komisji Trójstronnej (działającej do 2013 roku), prelegent ocenił, że w ramach tamtej, rzekomo gorszej ustawy, paradoksalnie udawało się zawierać z władzą znacznie więcej porozumień. Wniosek nasuwa się sam – przy wprowadzaniu zmian po prostu „wylano dziecko z kąpielą”. Przedstawiciel OPZZ zwrócił również uwagę na celowy paraliż administracyjny. Zauważył, że strona rządowa zasypuje partnerów społecznych taką lawiną projektów ustaw do zaopiniowania, że ci nie są w stanie fizycznie ich wszystkich przerobić. Gdy jednak skupiają się na najważniejszych aktach i wypracowują rzetelne, wspólne stanowiska, władza „ma to wszystko w nosie”. Skutkiem tego pozorowanego dialogu jest wymuszone przeniesienie rozmów z sal konferencyjnych na ulice – czego dowodem jest odbywająca się właśnie manifestacja.
– Rada Dialogu miała zapobiegać pewnym [napięciom], służyć pokojowi społecznemu. Takie są zapisy ustawowe. I zmuszanie pracowników związków zawodowych do tego, żeby wychodzili na ulicę, to oznacza, że coś się dzieje złego – ostrzegał.
Na koniec swojego wystąpienia Janusz Gołąb obnażył bulwersującą kwestię nagminnej absencji najwyższych urzędników podczas posiedzeń. Prelegent wyjaśnił, że o ile na posiedzeniach rady brakuje ministrów i wiceministrów (których związkowcy znają „tylko z telewizji”), o tyle na zespołach problemowych pojawiają się zazwyczaj jedynie dyrektorzy departamentów. – No to z kim ta strona związkowa i strona pracodawców ma prowadzić tutaj konsultacje, negocjacje (…) kiedy obecni przedstawiciele strony rządowej stwierdzają, my nie mamy takich upoważnień, my nie wiemy? – pytał retorycznie prelegent, tłumacząc ostatecznie przyczyny administracyjnego paraliżu instytucji.
W obliczu tak mocnych diagnoz, do głosu postanowiła powrócić dyrektor Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”, Iwona Zakrzewska. Swoją wypowiedź rozpoczęła od przypomnienia genezy spotkania, którym były jej długie rozmowy z nieobecnym profesorem Juliuszem Gardawskim. Jak wyznała, jest usatysfakcjonowana kierunkiem, w jakim potoczyła się dzisiejsza debata, będąca rozwinięciem tez z ich wspólnej, jubileuszowej publikacji.
Występując z perspektywy wieloletniego praktyka i gospodarza „domu dialogu”, dyrektor Zakrzewska sformułowała fundamentalny warunek skuteczności obrad.
– Dopóki wszyscy uczestnicy tego dialogu instytucjonalnego (…) nie zrozumieją, że w ich własnym interesie jest to, żeby uczestniczyć w tym dialogu, skoro został on instytucjonalnie i ustawowo ustalony, żeby zażegnać właśnie różnego rodzaju domysły, aby służyć spotkaniom i manifestacjom, to tego dialogu takiego, o jakim marzył Andrzej Bączkowski (…) niestety nie będzie – podkreśliła stanowczo, ubolewając nad tym, że poszczególni aktorzy zbyt często zapominają o swojej nadrzędnej roli. Odniosła się następnie do historii polskiego trójstronnego porozumienia, przypominając, że z instytucją związana jest od 2012 roku. – Byłam świadkiem w 2013 tego wyjścia [związków zawodowych – przyp. red.], o którym mówił Janusz Gołąb, byłam świadkiem tworzenia nowej ustawy o Radzie Dialogu Społecznego i byłam zachwycona tym, że jest to kolejne rozdanie – wspominała. Zauważyła, że Rada Dialogu Społecznego otrzymała ustawowo znacznie więcej kompetencji i możliwości niż jakakolwiek wcześniejsza instytucja trójstronna. Jednak to nowe otwarcie, jeśli nie nastąpi systemowe otrzeźwienie, w jej ocenie zakończy się drastyczną porażką ze względu na „brak poczucia interesu własnego poszczególnych stron”. Iwona Zakrzewska poruszyła również kwestię fatalnego stanu kadrowo-finansowego samej instytucji, za której funkcjonowanie odpowiada. Przedstawiła brutalne statystyki pokazujące skrajne niedobory personalne.
– Ze mną tu pracuje razem 12 osób. Jako instytucja mamy zatrudnionych 12 i pół człowieka – wyliczała dyrektor. Zaznaczyła przy tym, że w tej garstce zawierają się również niezbędni pracownicy administracji, finansów czy recepcji. – Może gdybyśmy mieli więcej ekspertów, ludzi merytorycznych. Może moglibyśmy sprostać tym zadaniom, o których tutaj mówimy – zastanawiała się głośno. Aby uzmysłowić skalę zapaści, prelegentka porównała obecny stan do czasów funkcjonowania dawnej Komisji Trójstronnej. Wówczas do obsługi 10 komisji problemowych przypisanych było aż 7 etatowych sekretarzy merytorycznych. – Dzisiaj na dwadzieścia zespołów, podzespołów itp. mam trzech ludzi merytorycznych – podsumowała dramatyczny spadek wydolności administracyjnej przy dwukrotnym wzroście obciążeń. Przyznała, że choć zespół stara się radzić sobie z tymi wyzwaniami, ona sama – jako szefowa – z trudem patrzy w oczy swoim przemęczonym pracownikom, wciąż obiecując im nadejście „kolejnego rozdania”.
Dyrektor CPS odniosła się też bezpośrednio do wypowiedzi Janusza Gołąba z OPZZ i zignorowanego przez władze projektu usprawnień. – Ja byłam zadowolona z tego, że wszyscy partnerzy społeczni, dziesięć organizacji i pracodawców i pracowników doszło do konsensusu i stworzyło wspólny projekt ustawy, który miał wyjść naprzeciw zażegnaniu tworzenia takiego braku troski o cały dialog. Rzeczywiście wysłaliśmy to do Kancelarii Prezydenta RP i jest cisza do dzisiaj – mówiła. W końcowej części swojego obszernego wystąpienia Iwona Zakrzewska ponownie wskazała na partykularyzmy poszczególnych organizacji (ze szczególnym uwzględnieniem strony pracodawców), które, dążąc do realizacji własnych potrzeb bezpośrednio w rządzie, lekceważą wspólnotowe ramy dialogu. Przyznała także rację przedmówcy w kwestii statystyk merytorycznych, potwierdzając, że znakomita większość wypracowywanych trójstronnie dokumentów to uchwały porządkowe i sprawozdawcze. Zapewniła jednak, że to właśnie w murach Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” udaje się często „gasić ogniska” na poziomie branżowym, zanim przerodzą się one w strajki. Na sam koniec dyrektor Zakrzewska jeszcze raz podziękowała za zorganizowanie dyskusji i obiecała przekazać pełną relację profesorowi Gardawskiemu.
W odpowiedzi na wystąpienie dyrektor Iwony Zakrzewskiej głos ponownie zabrał prof. Jacek Sroka. Podziękował za zaproszenie i odniósł się do kluczowego problemu poruszanego przez przedmówców: jak sprawić, by strona rządowa poważnie traktowała dialog i go kontynuowała. Profesor posłużył się plastyczną metaforą motoryzacyjną, by zilustrować systemową niemoc i uświadomić, że same ramy prawne to za mało: – Braku paliwa, jak wiadomo, nie da się zadekretować. Nie możemy (…) wezwać znajomego policjanta załóżmy telefonicznie i powiedzieć: słuchaj stary, spraw, żebym pojechał dalej. Jak na cztery stanę, no to stanę. Tak samo kultury politycznej nie da się zadekretować po prostu – wyjaśnił, nawiązując również do swoich wieloletnich badań nad kondycją Wojewódzkich Rad Dialogu Społecznego (WRDS), gdzie ów brak „paliwa” jest według niego aż nadto widoczny. Poszukując pozytywnych, sprawdzonych wzorców, prof. Sroka odwołał się do swoich doświadczeń ze stypendium naukowego w Wiedniu. Zastrzegając, że Austria to kraj federalny o innym ustroju (z wyraźnym dualizmem władzy wykonawczej, który prelegent ocenia swoją drogą bardzo pozytywnie), zaproponował przestudiowanie tamtejszego modelu. Szczególną uwagę badacza zwróciła funkcjonująca tam Paritätische Kommission für Preis- und Lohnfragen (Parytetowa Komisja ds. Cen i Płac). – Nie ma ustawy, a działa od 1948. I ona działa bez ustawy, pomysł był przyjęty w czasie wielkiego konfliktu i stacjonowania Armii Czerwonej w Austrii i głębokich przepaści, nie podziałów, tylko przepaści społecznych – podkreślił moderator. Jak wyjaśnił, kluczem do sukcesu i sprawczości tego nieustawowego gremium jest mechanizm, w ramach którego jego działania są stale i obowiązkowo wiązane z pracami komisji parlamentarnych. Zdaniem profesora wdrożenie podobnego, twardego powiązania w Polsce mogłoby pomóc przełamać ignorowanie ustaleń przez władzę.
W drugiej części swojej wypowiedzi moderator odniósł się do przywołanej chwilę wcześniej przez Janusza Gołąba słynnej, jedynej wspólnej uchwały merytorycznej sprzed dekady (dotyczącej stosowania prawa korzystnego dla rynku pracy w sektorze zamówień publicznych). Profesor Sroka powiązał ten wątek z kwestią partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP), zaznaczając, że polskie statystyki na tym polu nie robią wrażenia (przywołał liczbę 172 takich inwestycji, m.in. autostradę A4). Aby zilustrować, jak w praktyce wygląda dbałość o wynegocjowane standardy i dobro społeczne, profesor przytoczył wymowną anegdotę ze swoich ostatnich ferii zimowych w Sopocie. Zwrócił uwagę na tamtejszy dworzec kolejowy, wybudowany właśnie w formule PPP: – Zobaczyłem też w wyniku partnerstwa prywatno-publicznego powstały dworzec, na którym było bardzo zimno. I tak sobie zastanawiam się, jak to się stosuje, ta zasada, która była merytoryczna do takich inwestycji, które w tak oczywisty sposób nie biorą pod uwagę interesu publicznego. Po prostu ludziom jest zimno – spuentował z gorzką ironią prof. Jacek Sroka, kończąc swoją wypowiedź i przepraszając na koniec za tę dosadną, życiową obserwację.
Głos ponownie zabrał Janusz Gołąb z OPZZ, aby uzupełnić swoją wcześniejszą diagnozę o kwestię martwych przepisów. Zwrócił uwagę zgromadzonych na to, że Rada Dialogu Społecznego dysponuje pewnymi uprawnieniami, z których w ogóle nie korzysta. Jako główną przyczynę tego stanu rzeczy podał uwarunkowania techniczno-organizacyjne oraz systemowe blokady. Aby zilustrować ten problem, działacz związkowy zacytował wprost artykuł 14a ustawy o Radzie Dialogu Społecznego. Przepis ten teoretycznie daje Radzie możliwość podjęcia uchwały, na mocy której jej przewodniczący może wystąpić do Sejmu i Senatu z wnioskiem o umożliwienie mu przedstawienia informacji w sprawach o istotnym znaczeniu. Prelegent natychmiast jednak obnażył iluzoryczność i dysfunkcyjność tego mechanizmu. Zaznaczył, że do skutecznego podjęcia takiej uchwały wymagana jest zgoda całej Rady, a więc również reprezentantów strony rządowej: – I jeżeli Państwo sobie wyobrażacie, że taka uchwała jest możliwa do przyjęcia, no to życzę Wam powodzenia – skwitował z wyraźną ironią Janusz Gołąb. Swoje krótkie wystąpienie podsumował gorzką konstatacją, w pełni nawiązującą do wcześniejszych statystyk dotyczących bierności instytucji.
– Mamy niektóre piękne zapisy w tej ustawie. Tylko one się nijak mają do rzeczywistości i w nawiązaniu do tej liczby uchwał, które podejmujemy – zakończył przedstawiciel OPZZ.
Sprowokowana szczerością i odwagą poprzednich wypowiedzi (w tym postawą dyrektor Zakrzewskiej), prof. Zdzisława Janowska postanowiła dołożyć do dyskusji kolejny „kamyczek”. Nawiązała do swojego wcześniejszego referatu z posiedzenia Komitetu Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN, w którym podjęła niezwykle kontrowersyjny i nośny współcześnie temat: wpływ algorytmów na środowisko pracy i przedmiotowe traktowanie człowieka, opierając się na twardym przykładzie korporacji Amazon. Prelegentka podzieliła się z uczestnikami debaty historią swojego niedawnego (27 kwietnia 2026 r.) zaproszenia do Sejmu. Miała tam wystąpić na posiedzeniu Rady Ochrony Pracy, poświęconym zjawisku dehumanizacji pracy w polskich realiach. Jak relacjonowała, spotkała się tam z próbą wywarcia nacisku tuż przed swoim wystąpieniem. Przewodniczący Rady zapytał ją wprost, czy mogłaby uogólnić swój przekaz i nie wymieniać z nazwy firmy Amazon.
– Ja mówię, nie, nie mogę, bo to dotyczy Amazona, mam badania, mam rozmowy, mam wszystko – wspominała swoją stanowczą odmowę prof. Janowska. Zaznaczyła, że mimo konsternacji przewodniczącego, nie ustąpiła i przedstawiła problem w sposób otwarty. W rocznicowym posiedzeniu brali udział inspektorzy pracy z całego kraju. Prelegentka z żalem odnotowała, że obecni na początku marszałek Sejmu oraz minister pracy opuścili salę tuż po powitaniach, nie wysłuchawszy żadnego z merytorycznych referatów. Mimo absencji polityków najwyższego szczebla, samo wystąpienie wywołało ogromne zainteresowanie i gorącą, niezwykle krytyczną dyskusję wśród zebranych inspektorów pracy. Kluczowym momentem prelekcji prof. Janowskiej w parlamencie było wystąpienie w imieniu szerszego środowiska akademickiego. Miała przy sobie formalny protest, pod którym w trakcie wrześniowego zjazdu specjalistów z dziedziny zarządzania zasobami ludzkimi (HRM) podpisało się 60 profesorów. Stanowisko to wyrażało kategoryczny sprzeciw wobec praktyk traktujących pracowników gorzej niż w klasycznym tayloryzmie – sprowadzających człowieka wyłącznie do siły fizycznej i przysłowiowych „muskułów”. Ku własnemu zaskoczeniu, badaczce udało się oficjalnie złożyć ten dokument na ręce szefa Rady Ochrony Pracy. Na koniec swojego wystąpienia profesor Janowska ostudziła jednak optymizm, wyrażając głęboki sceptycyzm co do realnej sprawczości instytucji państwowych po tym wydarzeniu.
– Co z tego wynika? Nie wiem (…). Jaki będzie rezultat? Czy ktoś się zwróci do Amazon Polska: słuchajcie, opamiętajcie się? – skwitowała gorzko.
Na zakończenie konferencji głos ponownie zabrała dyrektor Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”, Iwona Zakrzewska, kierując słowa ogromnego podziękowania zarówno do prelegentów, jak i wszystkich zgromadzonych słuchaczy. Przyznając, że po tego typu debatach zawsze pozostaje pewien niedosyt informacji i chęć dalszej wymiany poglądów, dyrektor zgodnie z tradycją zaprosiła uczestników na ciepły lunch, zachęcając do kontynuowania kuluarowych rozmów na niższym piętrze.
Zamykając oficjalną część spotkania zapowiedziała organizację kolejnych konferencji, wyrażając nadzieję, że w przyszłości będą one stanowić platformę do rozmów już nie tylko o samym rynku pracy, ale szerzej – o wszystkich aspektach funkcjonowania dialogu społecznego w Polsce.














