Konferencja „Praca ludzka w polskim kapitalizmie”

W dniu 9 kwietnia 2026 r. w Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” im. Andrzeja Bączkowskiego odbyła się konferencja pt. „Praca ludzka w polskim kapitalizmie”, zorganizowana przez CPS „Dialog” oraz Komitet Nauk o Pracy i Polityce Społecznej Polskiej Akademii Nauk.

Konferencję otworzyła dyrektor Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” Iwona Zakrzewska, która podkreśliła znaczenie spotkań łączących środowisko naukowe, partnerów społecznych i przedstawicieli świata pracy.

– Wszyscy już w kuluarach przypominaliśmy sobie nasze spotkania, kiedyś częstsze, gdzie zbliżał się świat nauki, świat partnerów społecznych i świat pracowników. Różne debaty, które prowadziliśmy, doprowadzały zawsze do ciekawych rozwiązań, do konsensusu i do dalszej dyskusji – mówiła. Dyrektor CPS „Dialog” zwróciła uwagę, że właśnie takie rozmowy, oparte na wiedzy, doświadczeniu i wymianie różnych perspektyw, stanowią wartość, której nie sposób zastąpić innymi formami współpracy. Podziękowała również Polskiej Akademii Nauk za inicjatywę organizacji wydarzenia, w szczególności Komitetowi Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN oraz jego przewodniczącej, prof. Gertrudzie Uścińskiej.

– Dzisiejsze spotkanie zainicjowała Polska Akademia Nauk. Bardzo dziękuję za to, że mogliśmy razem zorganizować konferencję na temat pracy ludzkiej w polskim kapitalizmie, która będzie niesłychanie ciekawa, ponieważ mamy najwspanialszych prelegentów w tym temacie – podkreśliła Iwona Zakrzewska. W swoim wystąpieniu dyrektor CPS „Dialog” powitała również głównych prelegentów konferencji – prof. Zdzisławę Janowską oraz prof. Juliusza Gardawskiego, wyrażając przekonanie, że ich głosy będą istotnym wkładem w debatę o współczesnych wyzwaniach związanych z pracą i polityką społeczną.

– Jako Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” jesteśmy zaszczyceni za każdym razem, kiedy Państwo tutaj przychodzicie. Wiemy, że Państwa niezwykle ciekawe głosy będą taką wartością, której w inny sposób się nie uzyska, jak tylko podczas takiego spotkania – zaznaczyła.

Następnie głos zabrała przewodnicząca Komitetu Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN, prof. Gertruda Uścińska, która zwróciła uwagę na znaczenie powrotu do tradycji wspólnych debat poświęconych zagadnieniom pracy i polityki społecznej. Profesor przypomniała, że przez wiele lat Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” było miejscem spotkań przedstawicieli nauki, partnerów społecznych oraz ekspertów z kraju i zagranicy, służących wymianie doświadczeń i poszukiwaniu rozwiązań dla najważniejszych wyzwań społecznych.

– Przez kilkanaście lat odbywaliśmy tu, wspólnie z Komisją Europejską, konferencje i seminaria. Po krótkiej, kilkuletniej przerwie wracamy do organizacji tak dużych wydarzeń – podkreśliła prof. Gertruda Uścińska.

Przewodnicząca Komitetu zaznaczyła również, że konferencja poświęcona pracy ludzkiej we współczesnym kapitalizmie stanowi doskonałą okazję do pogłębionej refleksji nad przemianami zachodzącymi na rynku pracy.

– Myślę, że to jest uczta dla gości, dzięki obecności tak znakomitych profesorów, którzy chcą poddać pod dyskusję bardzo ważne zagadnienia dotyczące wszystkich uwarunkowań pracy we współczesnym kapitalizmie – mówiła. Prof. Uścińska podziękowała także prelegentom za zaangażowanie w organizację wydarzenia oraz wyraziła satysfakcję z możliwości realizacji inicjatywy, która – jak podkreśliła – zrodziła się z potrzeby podjęcia debaty nad aktualnymi problemami świata pracy. Na zakończenie powitała członków Komitetu Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN oraz zaproszonych gości, wyrażając nadzieję na inspirującą i owocną dyskusję.

Zabierając głos prof. Jan Klimek, przewodniczący Rady Dialogu Społecznego, podkreślił szczególną rolę Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” jako miejsca prowadzenia rozmów pomiędzy przedstawicielami pracowników, pracodawców i strony rządowej.

– Jesteśmy w miejscu chyba najważniejszym w Polsce, gdzie dzieją się rzeczy ważne, jeśli chodzi o dialog społeczny. Nie ma ważniejszego miejsca jak właśnie to miejsce – zaznaczył. Profesor przypomniał, że w ramach Rady Dialogu Społecznego regularnie spotykają się przedstawiciele siedmiu organizacji pracodawców, trzech central związkowych, strony rządowej oraz reprezentant Prezydenta RP.

– Od pewnego czasu tu, w tym miejscu, ścierają się różnego rodzaju poglądy. Każdy przedstawia swoje racje – mówił, podkreślając znaczenie dialogu w wypracowywaniu rozwiązań dotyczących rynku pracy i polityki społecznej.

Odnosząc się do tematyki konferencji, prof. Klimek zwrócił uwagę, że zagadnienie pracy pozostaje jednym z fundamentalnych obszarów refleksji społecznej i ekonomicznej.

– Pamiętam z czasów studenckich definicję, że praca jest to celowa i świadoma działalność ludzka przystosowująca zasoby i siły przyrody do potrzeb ludzkich. Minęło 60 lat, a ja do dzisiaj pamiętam, czym jest praca. Nie wiem, czy ta definicja jest nadal aktualna, ale wciąż skłania do refleksji – powiedział. Przewodniczący Rady Dialogu Społecznego wyraził również nadzieję, że wnioski płynące z konferencji znajdą praktyczne zastosowanie podczas prac RDS.

– Oczekiwałbym potem na wnioski, które oczywiście wykorzystamy w dalszych posiedzeniach Rady Dialogu Społecznego – podkreślił.

Na zakończenie podziękował organizatorom za zaproszenie i możliwość uczestnictwa w debacie poświęconej współczesnym wyzwaniom związanym z pracą ludzką.

WYSTĄPIENIA:

Profesor Juliusz Gardawski, Komitet Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN, w swoim wystąpieniu pt. „Praca ludzka w patchworkowym polskim kapitalizmie” zaprezentował niezwykle gęstą i bogatą poznawczo koncepcję „patchworkowego kapitalizmu”. Jak sam zaznaczył już na wstępie, jest to autorska próba zdiagnozowania deficytów, które wywołują poważne problemy w sferze pracy, a zarazem efekt wieloletnich, triangulacyjnych badań prowadzonych w murach SGH.

Zanim prelegent przeszedł do sedna, odsłonił przed słuchaczami „kuchnię” powstawania tego pomysłu. Punktem wyjścia były szerokie badania porównawcze zrealizowane przez Katedrę Ekonomii II, obejmujące lata 2005-2014, w których zestawiono modele gospodarcze 11 krajów Europy Środkowo-Wschodniej z czterema państwami zachodnimi. Choć twarde, oparte na nowej ekonomii instytucjonalnej dane empiryczne bezsprzecznie udowodniły, że nasz region tworzy osobny, wyraźny klaster gospodarczy, brakowało w nich odpowiedzi na pytanie o przyczyny takiego stanu rzeczy. Wówczas, jak relacjonował profesor, do zespołu dołączyli socjolodzy, w tym on sam jako reprezentant Zakładu Socjologii Ekonomicznej. Połączenie twardej ekonomii z instytucjonalizmem historycznym i socjologicznym pozwoliło na zbudowanie „typu idealnego”, wyjaśniającego specyfikę naszego porządku gospodarczego.

Fundamentem tej badawczej rekonstrukcji stała się diagnoza głębokiego upośledzenia społecznego dwóch istotnych grup. Z jednej strony, badacze dostrzegli drastyczne zmniejszenie zasięgu ponadzakładowych układów zbiorowych pracy oraz niemal całkowity zanik instytucjonalnej reprezentacji interesu pracowniczego. Z drugiej strony, co może wydawać się zaskakujące, w badaniach z lat 2000 i 2013 r. udowodniono analogiczne poczucie systemowego porzucenia u przedstawicieli polskiego sektora małej i średniej przedsiębiorczości. Profesor Gardawski wyraźnie zaznaczył, że jego ujęcie stanowi badawczą alternatywę dla popularnej teorii „kapitalizmu państwowego” profesorów Macieja Bałtowskiego i Piotra Kozarzewskiego, którzy koncentrują się na patologiach ingerencji państwa i rosnącej klasie beneficjentów sektora publicznego. Koncepcja patchworkowa SGH szuka przyczyn dzisiejszych napięć na rynku pracy zupełnie gdzie indziej.

Kluczem do zrozumienia tej teorii jest specyficzna konstrukcja polskiej gospodarki. Profesor posłużył się tu metaforami włókienniczymi. W tak zwanej osnowie – czyli podstawie naszego systemu – wciąż drzemie nieproporcjonalnie duży zakres nieformalnych rozwiązań i regulacji, w przeciwieństwie do uporządkowanych struktur Europy Zachodniej. Sam „patchwork” oznacza z kolei niestabilny, na wpół chaotyczny układ.

– Patchwork my interpretujemy jako dołączanie do układu (…) nowych instytucji, przedsiębiorstw, elementów, które nie są związane z logiką już istniejącego układu. Łatwo wchodzą, łatwo wychodzą i stąd patchwork jako układ, który jest nieprzewidywalny, jeśli chodzi o jego wzrost – tłumaczył prof. Gardawski.

Ewolucja ta odbywa się w rytmie tzw. gradualnego punktualizmu, gdzie po okresach powolnych, mozolnych zmian następują nagłe, ostre cięcia i zjawiska zaczynają toczyć się według zupełnie nowych, nieporównywalnych z niczym reguł. Aby wytłumaczyć, dlaczego nasz patchwork wygląda właśnie tak, prelegent zabrał uczestników w fascynującą, analityczną podróż przez najnowszą historię społeczną Polski. Wskazał na dziedzictwo „kultury folwarcznej” (koncepcja prof. Hryniewicza), specyfikę polskiej mentalności (którą trafnie diagnozował Marcel Reich-Ranicki, zauważając, że to naród, w którym „królami byli wielcy poeci, a ideą wiodącą była idea narodu, a nie instytucji czy państwa”), a także na strukturę społeczeństwa późnego PRL-u. Opierając się na badaniach Stefana Nowaka, prof. Gardawski przypomniał, że funkcjonowaliśmy jako „federacja grup pierwotnych” w warunkach nietotalitarnej dyktatury. To właśnie ta specyficzna przestrzeń pozwoliła na wyłonienie się opozycyjnej, etosowej elity. Był to absolutny ewenement na skalę całego wschodu Europy, co zresztą uchroniło nas przed scenariuszami wschodnich oligarchii. Ta unikalna grupa przejęła władzę, traktując ją jako moralną misję i nie dążąc do przekształcenia się w klasę wielkich właścicieli ekonomicznych, co pozwoliło Polsce wkroczyć na – opisywaną m.in. przez Darona Acemoglu – „wąską dróżkę” ku demokracji parlamentarnej.

Jednak ta sama etosowa elita dokonała owego drastycznego przełomu, „punktualistycznego” cięcia, które na zawsze zmieniło oblicze polskiej pracy. Odrzucono wypracowany przy Okrągłym Stole model społecznej gospodarki rynkowej na rzecz skrajnie liberalnego, amerykańskiego modelu kapitalizmu. Ten moment prelekcji przybrał niezwykle osobisty i poruszający ton. Profesor Gardawski opowiedział o swoich wspomnieniach ze współpracy z prof. Gilejką i środowiskiem samorządów pracowniczych.

– Pamiętam, jakim dramatem dla dużej grupy etosowej zwolenników samorządu pracowniczego stało się to, co nastąpiło. Ja nawet pamiętam znaną postać z tego kręgu, która podczas seminarium profesora Gilejki się rozpłakała. Widziałem łzy cieknące, że załamała się ta wizja, że uda się stworzyć kapitalizm z własnością pracowniczą, akcjonariatem. To wszystko się załamało na ich oczach – opisywał dziennikarsko wręcz prelegent.

Wraz z tą wizją zmieciono dialog społeczny i zdereregulowano stosunki pracy. Gdy tak zwana „elita adaptacji” (uosabiana przez Jacka Kuronia z drugiego okresu działalności i Andrzeja Bączkowskiego) próbowała ratować sytuację negocjując Pakt o Przedsiębiorstwie Państwowym, procesy niszczące zaszły już za daleko. Jak bezlitośnie spuentował profesor: – Przerwano ciągłość i wtedy, kiedy po kilku latach wrócono, okazało się, że instytucje te, które uprzednio były chętne do debatowania, mają, wybaczcie określenie brutalne, złamane kręgosłupy.

W zderzeniu z wyzwaniami rynkowymi polska osnowa okazała się ostatecznie bezsilna. Profesor Gardawski wspomniał swoje dyskusje z nieżyjącym już wybitnym ekonomistą prof. Tadeuszem Kowalikiem, zaznaczając, że polskie państwo – w przeciwieństwie do Chin czy Indii – nie miało kapitału, by skutecznie prowadzić politykę protekcjonistyczną. W efekcie, na ten podatny grunt wszedł kapitał zagraniczny. Dzięki temu, że nie dopuszczono, by pośrednikiem między tym kapitałem a gospodarką stali się lokalni oligarchowie, uniknęliśmy najgorszych scenariuszy wschodnich. Powstał jednak system idealnie opisywany przez koncepcję „Dependent Market Economy” (Zależnej Gospodarki Rynkowej) Andreasa Nölkego i Arjana Vliegentharta z 2009 roku. W naszym kraju ulokowano produkcję nowoczesną, masową, ale pozbawioną pierwiastka innowacyjnego – ten, wraz z pełną kontrolą i zyskami, pozostał w zagranicznych centralach. Staliśmy się systemem podażowym produkującym głównie na zewnątrz, a polski patchwork rósł, modernizując się, ale i uzależniając od zewnętrznych graczy. To właśnie zjawisko ostatecznie przypieczętowało los pracownika w polskim modelu gospodarczym. Korporacje zyskały pełną swobodę w kształtowaniu ustroju wewnętrznego podległych sobie fabryk i kreowaniu stosunków pracy według własnego uznania, niezależnie od lokalnych tradycji.

– Robiliśmy badania na Śląsku, można było przejść z jednej fabryki, powiedzmy, kierowanej przez kapitał francuski (…) do fabryki kierowanej przez kapitał amerykański, żeby zobaczyć dwa światy przez ulicę, dwa światy. One nie musiały między sobą szukać żadnego połączenia – relacjonował prof. Gardawski.

To oderwanie kapitału od lokalnych realiów doprowadziło do fundamentalnej zmiany.

– W rezultacie o wszystkim zaczął decydować rynek, a praca stała się towarem. To właśnie z takim podejściem Międzynarodowa Organizacja Pracy od początku swojej działalności konsekwentnie walczy. Tymczasem tutaj stało się ono rzeczywistością – mówił z wyraźnym naciskiem badacz.

Kończąc swoje wystąpienie, profesor nie unikał niuansowania tej gorzkiej diagnozy. Obiektywnie, statystyki pokazują, że zagraniczny kapitał oferuje wyższe pensje i lepsze warunki pracy. Jednak rozkład tych danych pokazuje potężne skrajności – na wykresach tworzą się rozłożyste „wąsy”. Tam, gdzie wymaga tego rynek korporacyjny, lub tam, gdzie działają silne zagraniczne związki, warunki są cywilizowane. Profesor wspomniał tu anegdotę o interwencjach niemieckiego DGB w obronie standardów pracowniczych w polskich fabrykach Volkswagena. Jednak w miejscach, gdzie zagraniczny kapitał czuł się bezkarny, dochodziło do jawnego wyzysku. Jako mroczny przykład prelegent przywołał głośną sprawę fabryki znanego skandynawskiego producenta mebli, którą celowo ulokowano daleko od większych ośrodków.

– Zostali pracownikami ci, którzy nie mieli dostatecznego kapitału ludzkiego, żeby wyjechać za granicę do pracy i musieli tu zostać, można było ich wyzyskiwać dość ostro – zakończył prof. Gardawski, pozostawiając słuchaczy z dogłębnym obrazem tego, jak w praktyce funkcjonuje człowiek w maszynie polskiego, patchworkowego kapitalizmu.

Kolejnym, niezwykle mocnym i poruszającym punktem konferencji było wystąpienie prof. Zdzisławy Janowskiej z Komitetu Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN. Prelekcja zatytułowana „Cyfrowy tayloryzm. Przedmiotowe traktowanie człowieka w procesie pracy” przybrała formę bezkompromisowego aktu oskarżenia wobec współczesnego, drapieżnego kapitalizmu. Oparta na empirycznych badaniach w polskich centrach logistycznych firmy Amazon, relacja badaczki obnażyła system, w którym sztuczna inteligencja i algorytmy redukują człowieka do roli fizycznego narzędzia, całkowicie pozbawionego godności. Profesor Janowska rozpoczęła od mocnego nakreślenia filozoficznego i moralnego tła swojego wystąpienia. Odwołując się do wcześniejszych słów prof. Klimka o definicji pracy, podkreśliła, że jest ona fundamentalnym dobrem, prawem i obowiązkiem człowieka.

– Praca nie może niszczyć człowieka, nie może być źródłem alienacji, przyczyną frustracji, wyniszczenia fizycznego i psychicznego. Nie o to nam idzie, a tak się dzieje i to dzieje się na naszych oczach w całym świecie – apelowała do zgromadzonych, uzasadniając, dlaczego jako ludzie nauki i obywatele nie możemy jedynie biernie opisywać rzeczywistości.

Prelegentka osadziła swój wywód w szerokiej perspektywie historycznej. Jak wyznała, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pisała pracę habilitacyjną poświęconą walce z monotonią i rozdrobnieniem pracy epoki klasycznego tayloryzmu i fordyzmu. Wtedy jednak, jak zaznaczyła, świat pracy reagował, wdrażając programy humanizacji i wzbogacania treści zadań, czego sama była świadkiem podczas eksperymentów w szwedzkich fabrykach. Dziś sytuacja jest diametralnie inna. Cyfrowy tayloryzm, który powrócił w znacznie gorszej, stechnicyzowanej postaci, pozbawia pracy jakiejkolwiek głębi, sprowadzając przydatność człowieka – często posiadającego wysokie kwalifikacje, ale zmuszonego przez rynek do podjęcia zatrudnienia – wyłącznie do jego siły i wytrzymałości fizycznej. Profesor przywołała w tym kontekście społeczną naukę Kościoła, od encyklik Leona XIII, przez Laborem Exercens Jana Pawła II, aż po współczesne ostrzeżenia papieża Franciszka przed traktowaniem sztucznej inteligencji jako substytutu relacji międzyludzkich.

Badawcza wiwisekcja tego zjawiska została przeprowadzona na przykładzie korporacji Amazon – największego globalnego pracodawcy, zarządzanego przez Jeffa Bezosa, zatrudniającego 1,5 miliona ludzi i posiadającego w samej Polsce 14 ogromnych centrów dystrybucyjnych. Profesor Janowska przyznała, że przeprowadzenie tam klasycznych badań jest niemal niemożliwe, gdyż firma stanowi twierdzę niedostępną dla naukowców z zewnątrz. Aby dotrzeć do prawdy o platformach przyjmowania towarów i obsługi reklamacji, musiała opierać się na literaturze, doniesieniach prasowych, a przede wszystkim na pogłębionych wywiadach z samymi pracownikami oraz przedstawicielami załogi.

Obraz, jaki wyłonił się z tych rozmów, jest wstrząsający. Jak relacjonowała badaczka, praca w Amazonie odbywa się w halach wielkości boisk sportowych, wyłącznie na stojąco, chodząco lub biegająco, podczas 12,5-godzinnych zmian. Proces pracy jest całkowicie zdominowany przez algorytmy. Pracownik otrzymuje na wejściu skaner, który od tej pory dyktuje mu każdy ruch, wyznaczając trasy liczące nierzadko po kilkanaście kilometrów dziennie i odliczając ułamki sekund na znalezienie i zapakowanie towaru. Absurd goni tu absurd – przy obsłudze zwrotów system rozlicza pracownika z ilości rozpakowanych paczek, a nie z ich zawartości, przez co nikt nie ma nawet czasu rzetelnie ocenić stanu zwracanego sprzętu, który często od razu trafia do zniszczenia. Szczególnie dramatycznie w relacji prof. Janowskiej wybrzmiał mechanizm śrubowania norm. Nie są one ustalane odgórnie, z zachowaniem zasad ergonomii.

– Normy śrubują najsilniejsi ludzie. Najsłabsi odpadają, przychodzą nowi i znów silni, silniejsi podnoszą normy – tłumaczyła.

To niekończący się wyścig, w którym pracownik z góry skazany jest na ostateczną porażkę, gdy tylko jego organizm odmówi posłuszeństwa. System kar opiera się na punktach, a zebranie pięciu oznacza zwolnienie. Punkty otrzymuje się za chorobę, którą system traktuje jako synonim lenistwa, za rozmowę z kolegą z pracy, a nawet za spóźnienie z przerwy. A przerwy – dwie 15-minutowe i jedna półgodzinna – w tak gigantycznych obiektach często nie pozwalają nawet na dotarcie do stołówki, zjedzenie posiłku i powrót na stanowisko w wyznaczonym czasie. Pracownicy są nieustannie poddawani psychologicznej presji przez niewidzialnych menedżerów śledzących ich poczynania na monitorach.

– Nie mieliśmy menedżerów w normalnym tego słowa znaczeniu. Nosiliśmy przy sobie urządzenie mobilne śledzące każdy nasz ruch, jakbyśmy byli więźniami w areszcie domowym wypuszczonymi na przepustkę – cytowała jednego ze swoich rozmówców profesor.

Inni badani relacjonowali: – „Czułam stały ból kolan”. „Mój kręgosłup cały czas napięty”. „W ciągu dnia przechodziłem ponad 15 kilometrów”. „Pracodawca stosuje wyłącznie motywację negatywną, podsycając strach przed zwolnieniem i celowo izolując pracowników od siebie, by zablokować jakiekolwiek próby samoorganizacji”.

Profesor Janowska zdemaskowała również fasadowość korporacyjnego HR-u oraz procesu rekrutacji, która w radiowych spotach kusi benefitami, dojazdami i „strefami relaksu z ping-pongiem”, by w rzeczywistości odrzucić wszelkie szkolenia i natychmiast rzucić człowieka na taśmę. Służby HR, jak wynika z relacji pracowników i społecznych inspektorów pracy, pełnią tam funkcję aparatu opresji. Pracownicy powracający ze zwolnień lekarskich czują się na rozmowach z HR-em jak na policyjnym przesłuchaniu. W systemie tym nie ma miejsca na ludzkie odruchy. Badaczka przywołała historię jedynego empatycznego lidera, z którym rozmawiała – człowieka, który próbował przesuwać starszych lub słabszych pracowników do lżejszych zadań. Szybko został pouczony przez zwierzchników: „Pamiętaj, w Amazonie nie ma empatii. Masz żyć tylko wynikiem ilościowym”.

Najbardziej wstrząsające fragmenty wystąpienia dotyczyły wypadków i ukrywania tragedii ludzkich. Profesor opowiedziała historię 45-letniego mężczyzny, który, chcąc utrzymać rodzinę, brał dodatkowe dni pracy, spędzając poza domem (wliczając dojazdy) po 16 godzin na dobę. Skrajnie wyczerpany, pewnego dnia po prostu położył się spać i nie wstał. O takich sprawach załoga dowiaduje się pocztą pantoflową, bo firma dusi w zarodku wszelkie informacje. Prelegentka wspomniała także o społecznej inspektor pracy z Poznania, która została zwolniona pod fałszywym pretekstem rzekomego filmowania telefonem karetki pogotowia zabierającej z zakładu umierającego pracownika. Kobieta wygrała w sądzie po dwóch latach batalii, udowadniając absurdalność zarzutów.

Państwo i dialog społeczny zdają się w tym starciu bezradne. Państwowa Inspekcja Pracy wydaje dziesiątki wniosków pokontrolnych, które pozostają na papierze, a korporacja skutecznie manipuluje dokumentacją, by winą za wypadki obarczać przemęczonych pracowników. Związki zawodowe – Inicjatywa Pracownicza i Solidarność – toczą heroiczną, lecz nierówną walkę. Mimo drobnych sukcesów (jak dodatek świąteczny czy ekwiwalent za pranie), są prawnie zablokowane w najważniejszej kwestii – nie mogą zorganizować legalnego strajku. Polskie prawo wymaga bowiem udziału 50 proc. załogi w referendum, co przy ogromnej rotacji i rozproszeniu magazynów po całym kraju, do których związkowcy nie mają wstępu, jest zadaniem fizycznie niewykonalnym.

Swoje wystąpienie prof. Zdzisława Janowska zakończyła mocnym apelem, skierowanym zarówno do środowisk pracowniczych, jak i świata nauki. Wskazała na konieczność wymuszenia choćby minimalnej, „podstawowej przyzwoitości” w organizacji pracy – na przykład prostej rotacji przy taśmie produkcyjnej, aby ciężkie paczki nie trafiały zawsze w ręce tego samego, stojącego na końcu pracownika. Zażądała zmiany wyliczania norm i przejścia od filozofii „poganiania” do ludzkiego zarządzania. Najmocniejsze słowa skierowała jednak do swojego własnego, akademickiego środowiska.

– My, od zarządzania i od HR-u, nie możemy na to obojętnie patrzeć. Wygłaszamy piękne rzeczy do studentów i młodzieży (…), a rzeczywistość jest zupełnie inna. Nauki o zarządzaniu nie mogą stać obojętnie wobec deprecjacji pracy ludzkiej w dobie sztucznej inteligencji. Korporacyjne służby HR nie mają prawa do legitymizacji nieludzkiego traktowania pracowników – spuentowała prelegentka, zamykając swoją głęboko poruszającą prelekcję.

DYSKUSJA

Po dwóch tak diametralnie różnych, a zarazem komplementarnych i niezwykle mocnych w swoim wyrazie prelekcjach, przyszedł czas na nieodłączny element każdego tego typu spotkania – otwartą debatę. Rolę moderatora tej części konferencji przejął profesor Mirosław Grewiński, wiceprzewodniczący Komitetu Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN. Jako doświadczony ekspert, w zaledwie kilku celnych słowach potrafił spiąć klamrą obie wcześniejsze diagnozy, tworząc doskonały, intelektualny grunt pod merytoryczną wymianę poglądów. Zabierając głos, profesor Grewiński wyraził w imieniu zgromadzonych głęboką wdzięczność za niezwykle wysoki poziom zaprezentowanych analiz, trafnie punktując ich odmienną, lecz idealnie uzupełniającą się optykę.

– Przede wszystkim bardzo dziękuję za dwa ciekawe, inspirujące referaty. Jeden, który bardziej pokazał nam koncepcję teoretyczną. Drugi, który pokazał nam właściwie dysfunkcję, a właściwie patologię w jednej z organizacji międzynarodowych, gdzie jeśli takie rzeczy się dzieją, no to niedobrze, że się tak dzieje – podsumował prowadzący. Zestawienie makroekonomicznego, strukturalnego modelu „patchworkowego kapitalizmu” ze wstrząsającym, empirycznym studium przypadku cyfrowego tayloryzmu stworzyło bowiem na sali pełny, choć niezwykle gorzki obraz współczesnego, stechnicyzowanego rynku pracy.

Szczególnie interesującym i dającym do myślenia momentem wstępu profesora Grewińskiego było płynne przejście do bolesnych, rodzimych analogii z niedalekiej przeszłości. Moderator z ogromnym wyczuciem zauważył, że zjawiska opisywane przed chwilą w kontekście globalnych gigantów e-commerce nie są w polskiej rzeczywistości transformacyjnej czymś zupełnie bezprecedensowym, a zmianie uległa jedynie ich skala oraz technologiczne, bezduszne zaawansowanie.

– I to przypomina trochę, na przełomie milenium raporty i kontrole Państwowej Inspekcji Pracy w supermarketach w Polsce, gdzie również dochodziło do różnych, najpierw dysfunkcji, a potem wręcz patologii – przypomniał zgromadzonym.

Jako pierwszy do dyskusji włączył się Włodzimierz Szymański (Związek Rzemiosła Polskiego), wprowadzając do debaty niezwykle cenną, praktyczną perspektywę drugiej strony barykady. Reprezentując rodzimych, małych i średnich pracodawców, Szymański wszedł w interesującą polemikę z tezami prof. Janowskiej, rzucając nieco inne światło na przyczyny i obecny stan polskiego rynku pracy. Jego wystąpienie stanowiło intrygujący głos w obronie polskiego biznesu, a jednocześnie gorzką refleksję nad naszymi narodowymi zachwytami z czasów transformacji ustrojowej.

Szymański, na co dzień działający w Wielkopolsce, rozpoczął od dość prowokacyjnego stwierdzenia, że profesor Janowska do swojej analizy wybrała „troszeczkę złą firmę”, uznając przypadek Amazona za mało reprezentatywny dla całej naszej gospodarki. Aby zilustrować zderzenie polskiego rynku z wielkim, globalnym kapitałem, prelegent nakreślił swoistą mapę gospodarczą okolic Poznania, pokazując, w jakim otoczeniu funkcjonują tamtejsi pracownicy.

– Mamy potężną IKEĘ, chyba największą firmę meblarską w tej chwili w Europie. Z drugiej strony, czyli od strony wschodniej mamy Volkswagena, a od strony północnej mamy tutaj przedstawioną przez panią profesor firmę Amazon – wyliczał. Odnosząc się do patologii opisywanych w centrach logistycznych, reprezentant Związku Rzemiosła Polskiego zadał fundamentalne pytanie o nasze własne, narodowe sprawstwo w tym procesie. Zauważył, że globalne korporacje nie pojawiły się w Polsce znikąd i wbrew naszej woli.

– Jak do tego doszło, że my dzisiaj mamy Amazona u nas? Czyja to jest wina? Bo to nie Amazon tutaj się wprosił. Myśmy go wpuścili – ripostował. Według Szymańskiego źródłem wielu dzisiejszych problemów z pracą ludzką jest nasz bezkrytyczny entuzjazm z wczesnych lat dziewięćdziesiątych.

– Myśmy się zachwycili kapitalizmem. Kapitalizm nie jest idealny. Nam się wydawał idealny po tym przejściu z socjalizmu na kapitalizm, że nam wszystko wolno – tłumaczył, dodając pragmatycznie, że choć system ten ma wady, to nikt do tej pory nie wymyślił niczego lepszego. Sęk w tym, że jako społeczeństwo wchodzące w nową erę gospodarczą zupełnie nie potrafiliśmy się w tym kapitalizmie odnaleźć.

– My przy tym nagłym przejściu nie byliśmy przygotowani do tego i pewne rzeczy zostały nam narzucone i wręcz zachłysnęliśmy się pewnymi rzeczami – diagnozował.

Na potwierdzenie tej tezy o wczesnokapitalistycznej naiwności przywołał anegdotę o wchodzących wówczas na rynek piramidalnych strukturach handlu kosmetykami, gdzie sprzedawcy, mamiąc się złudnym prestiżem, zdobywali statusy „brylantów”. Jak gorzko podsumował: – Oni chodzili dumni, bo ja jestem brylantem. No i dzisiaj mamy skutek tego brylantu właśnie w Amazonie.

Dalsza część wypowiedzi Szymańskiego przeniosła jednak środek ciężkości na obecne realia rynkowe, które jego zdaniem dają pracownikom znacznie potężniejszy oręż, niż mogłoby się wydawać z akademickich referatów. Reprezentant rzemieślników stanowczo sprzeciwił się tezie o całkowitym zdeterminowaniu losu pracowników przez korporacje, podając twarde dane ze swojego regionu. Zwrócił uwagę, że przy tak niskim, zaledwie dwuprocentowym bezrobociu w Wielkopolsce, nikt nie jest przymuszany do podjęcia zatrudnienia w miejscach, które nie szanują jego godności i czasu.

– Osoby wcale nie są zmuszone do tego, żeby pracować w tym Amazonie. Bo pracownik dzisiaj wymusza warunki pracy – oświadczył stanowczo.

Zdaniem Szymańskiego mechanizmy wolnorynkowe w końcu wymuszą korektę korporacyjnych zachowań, ponieważ jak ujął to wprost – „jeśli nie będą mieli osób, które będą chętne do pracy w tej firmie, to będą lepsze zarobki, będzie lepsze traktowanie tych osób”. Jako praktyk i członek Zespołu problemowego ds. prawa pracy w Radzie Dialogu Społecznego, Szymański stanął również w obronie dzisiejszych pracodawców, apelując o odejście od czarno-białego obrazu, w którym biznes nastawiony jest wyłącznie na krwiożerczy wyzysk. Zaznaczył, że on i jego koledzy po stronie przedsiębiorców zasiadają do stołu ze związkami zawodowymi z pełną świadomością zmian, jakie zaszły.

– Także nie do końca to jest też tak, że przedsiębiorcy chcą wykorzystać pracownika. Te czasy się skończyły – deklarował, wskazując, że wyzwaniem dzisiejszego rynku nie jest już obrona przed masowym wyzyskiem, ale raczej poszukiwanie racjonalnej równowagi i nienaruszanie delikatnych barier.

Wystąpienie to zakończyło się niezwykle mocnym, pesymistycznym ostrzeżeniem przed nadchodzącym kryzysem, który w optyce Szymańskiego zaczyna się już powoli na polskim rynku rysować. Dyskutant zwrócił uwagę sali, że być może w niektórych aspektach ochrony czy żądań płacowych „przedobrzyliśmy”, co już zaczyna skutkować redukcją etatów. Jako przykład podał wcześniejsze uosobienie korporacyjnej stabilności – giganta meblarskiego.

– Nie wiem, czy Państwo zauważyliście, że w tej chwili zaczyna się bardzo duże bezrobocie. Może to jeszcze nie jest tak widoczne, ale ja mam bezpośredni dostęp i widzę, że nawet firma IKEA, potężna firma, dzisiaj boryka się z trudnościami, 800 osób zwolnionych w skali kraju, to są dwie firmy. A to jest naprawdę potęga – alarmował Szymański.

Swój głos w dyskusji spuentował dobitnym apelem o rozwagę we wzajemnych roszczeniach: – My musimy znaleźć równowagę pomiędzy rynkiem pracodawcy i pracobiorcy.

Kolejny głos w dyskusji należał do profesora Jacka Sroki (Uniwersytet Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie), który w swojej analitycznej wypowiedzi dokonał swoistej syntezy obu zaprezentowanych wcześniej referatów, odnosząc się jednocześnie do rynkowego optymizmu przedmówcy ze Związku Rzemiosła Polskiego. Jako politolog i badacz polityk publicznych, profesor Sroka przeniósł ciężar debaty z hal magazynowych i prywatnych przedsiębiorstw na poziom strukturalny, obnażając głęboki kryzys instytucjonalny, który trawi nie tylko polską gospodarkę, ale i szeroko pojęty sektor publiczny, w tym samą naukę.

Już na wstępie profesor Sroka zaznaczył swoje intelektualne powiązania z koncepcją przedstawioną przez SGH, z satysfakcją odnotowując, że jego własna sugestia badawcza dotycząca zjawiska „tonalności i atonalności” została skutecznie wpleciona w teorię profesora Gardawskiego. To właśnie z tego makroekonomicznego punktu widzenia ocenił obecną sytuację jako niezwykle skomplikowaną i zmierzającą w wysoce niepokojącym kierunku. Jak diagnozował, w polskim modelu gospodarczo-społecznym utrwala się mechanizm, który socjologowie i politolodzy określają mianem morfostazy.

– Z mojego punktu widzenia, w tym, co nazywamy patchworkiem (…), na naszych oczach zachodzi morfostaza, czyli ujemne sprzężenie zwrotne. Utrwala się ten negatywny stan rzeczy, coraz trudniej mówić o dialogu – ocenił profesor, nie pozostawiając złudzeń co do rzekomego samonaprawiania się polskiego kapitalizmu.

Odnosząc się do historycznych uwag prof. Gardawskiego o załamaniu się wczesnej idei dialogu społecznego, prof. Sroka stwierdził, że zjawisko to postępuje coraz głębiej, a jego destrukcyjne skutki widać doskonale w studium przypadku Amazona, zaprezentowanym przez prof. Janowską. Co gorsza, w warunkach polskiego „patchworku” zawodzą nawet te nowoczesne, zachodnie instrumenty, które w teorii powinny kompensować uwiąd tradycyjnego dialogu instytucjonalnego. Prelegent zwrócił tu szczególną uwagę na koncepcję policy networks, czyli sieci wsparcia polityk publicznych. Choć w literaturze zachodniej są one uznawane za skuteczne narzędzie partycypacji, w polskich realiach ulegają natychmiastowej patologizacji.

– Kreowane są nawet z nazwy jako sieci, natomiast z sieciami mają niewiele wspólnego i w ich obrębie również dochodzi do korporatyzacji i relacji pracowniczych. Nawet w wysoko wyspecjalizowanych instytucjach, które mają wspomagać w sposób sieciowy decyzje publiczne, decyzje rządu – punktował badacz.

Najbardziej wstrząsającym elementem wystąpienia profesora Sroki było jednak przeniesienie zjawisk opisywanych w kontekście bezwzględnych korporacji logistycznych na grunt polskich uczelni i instytucji państwowych. Okazuje się bowiem, że swoisty „cyfrowy tayloryzm” nie jest domeną wyłącznie globalnego e-commerce. Patologiczna sprawozdawczość i nieustanny nadzór infekują całą sferę publiczną.

– To, o czym mówiła pani profesor, dotyczące coraz ściślejszej kontroli, hierarchizacji, wykonywania zadań rozczłonkowanych, raportowania, które przechodzi już ponad wszelką miarę, ma miejsce również w instytucjach publicznych. Ma nawet miejsce i widzimy to przecież na własne oczy w nauce i szkolnictwie wyższym – alarmował profesor.

Zwrócił uwagę na paradoks, w którym środowisko akademickie – postulujące, jak prof. Janowska, silniejsze oddziaływanie nauki na rzeczywistość społeczno-gospodarczą – samo zamyka się w biurokratycznych klatkach.

– Myśmy w nauce, w tym naszym myśleniu resortowym, silosowym (…) zabrnęli w system bardzo skomplikowanej oceny tego, czy mamy wpływ, jaki mamy wpływ na społeczeństwo i gospodarkę – dodał z goryczą, przypominając, że światowe rankingi innowacyjności bezlitośnie weryfikują ten system, lokując Polskę na bardzo odległych pozycjach, co dowodzi, że nasz realny wpływ na otoczenie jest „słaby albo bardzo słaby, albo wręcz nikły”.

W swoim podsumowaniu profesor Jacek Sroka połączył wszystkie wątki konferencji w jedną, spójną, lecz mroczną diagnozę. Koncepcja patchworkowego kapitalizmu i patologie rodem z centrów logistycznych Amazona ostatecznie splatają się ze sobą, cementując najgorsze elementy naszej kultury politycznej i administracyjnej. W tym systemie uwypuklają się fatalne relacje międzyludzkie, znane nam z lat osiemdziesiątych i wcześniejszych, które systemowo niszczą jakąkolwiek ideę partnerstwa. Konkluzja tego wystąpienia stanowiła jednocześnie potężne ostrzeżenie przed tym, co wkracza w miejsce niszczonego dialogu społecznego i fasadowych policy networks. Naturą polityki i gospodarki jest bowiem nieznoszenie próżni.

– Tego rodzaju sytuacja sprzyja zakulisowej aktywności grup interesów (…). Bardzo bujnie rozwija się tło, różne pola interakcji w tle, które są niewidoczne po prostu dla opinii publicznej, dla pracowników, w których grupy interesów działają, bo jest to najprostszy i najbardziej efektywny sposób działania – spuentował profesor, pozostawiając słuchaczy ze świadomością, że w cieniu słabnących instytucji demokratycznych i usztywniającego się rynku pracy, realna władza i decyzje przenoszą się całkowicie poza zasięg wzroku zwykłych obywateli.

Do głosu w dyskusji zgłosiła się następnie profesor Maria Szyszkowska, wytaczając potężne działa ideologiczne i wchodząc w bezpośrednią, intelektualną polemikę z wcześniejszym wystąpieniem przedstawiciela Związku Rzemiosła Polskiego. Jej wywód przeniósł debatę z poziomu rynkowych uwarunkowań i diagnoz instytucjonalnych na sam szczyt rozważań o fundamentach ustrojowych, filozofii państwa i strukturze własnościowej. Już w pierwszych zdaniach profesor Szyszkowska zdecydowanie odrzuciła tezę Włodzimierza Szymańskiego, jakoby świat nie dysponował i nie wymyślił dotąd niczego lepszego od kapitalizmu. W jej ocenie, to właśnie nasza bezkrytyczna wiara w ten system, sprzęgnięta z neoliberalną wizją polityki, wydała na rynku pracy tak gorzkie owoce.

– Uważam, że mamy fatalne połączenie z jednej strony kapitalizmu (…) i jednocześnie teorii państwa, zgodnie z którą państwo ma nie ingerować w życie obywateli – diagnozowała z mocą. Jak argumentowała, to właśnie ta zgubna doktryna „państwa-stróża nocnego”, które celowo wycofuje się z relacji gospodarczych, jest bezpośrednią przyczyną bezkarności korporacji. Zdaniem badaczki, brak silnej inspekcji ze strony struktur państwowych, która potrafiłaby z urzędu i z odpowiednią stanowczością doprowadzić do likwidacji nieludzkich warunków pracy opisywanych przez prof. Janowską, jest kompromitacją tego właśnie modelu państwowości.

W kolejnej części swojego wystąpienia profesor Szyszkowska postanowiła zmierzyć się z jednym z największych tabu polskiej debaty publicznej – powszechną fobią na punkcie lewicowych i spółdzielczych alternatyw ustrojowych.

– Przyjęło się w Polsce od dwudziestu tam iluś lat, że słowo socjalizm wywołuje alergię – zauważyła krytycznie. Aby odczarować pojęcie socjalizmu w oczach współczesnych, przywołała szereg postaci historycznych i nurtów intelektualnych o różnym ciężarze gatunkowym. Przypomniała zebranym, że przecież ten niezwykle szanowany i jak ujęła „ceniony przez wielu Polaków Józef Piłsudski głosił socjalizm”, a historyczna Polska Partia Socjalistyczna wciąż istnieje. Sięgnęła również do głębokiej filozofii, przypominając sylwetkę Edwarda Abramowskiego – wybitnego myśliciela, mistrza Stefana Żeromskiego i twórcę oryginalnej, polskiej koncepcji socjalizmu bezpaństwowego. Na dowód potężnej różnorodności tego nurtu wspomniała jednym tchem o zupełnie innych teoriach tworzonych przez Lwa Trockiego, aż po wysublimowane koncepcje neokantystów.

Prelegentka wyprowadziła jasny, systemowy postulat rewizji naszych dogmatów gospodarczych. Zaapelowała o intelektualną i polityczną odwagę do odejścia od modelu państwa opierającego się niemal wyłącznie na absolutnym prymacie własności prywatnej. Co niezwykle ciekawe w kontekście jej lewicowej argumentacji, szukając poparcia dla tej tezy, odwołała się płynnie do społecznej nauki Kościoła (korespondując tym samym z wcześniejszym referatem prof. Janowskiej). Jak zauważyła, „również papież Franciszek kwestionował taką koncepcję państwa w niektórych swoich encyklikach i wypowiedziach”.

Swoje wystąpienie profesor Szyszkowska spuentowała powrotem do dramatycznych ludzkich historii, jakie rozgrywają się w wielkich centrach logistycznych i halach montażowych. Jej zdaniem ostatecznym remedium na patologie zmonopolizowanego kapitalizmu i wyzysk cyfrowego tayloryzmu nie będzie ani sam ułomny rynek, ani kolejne biurokratyczne kontrole, lecz głęboka zmiana struktury właścicielskiej w polskiej gospodarce. Prawdziwym rozwiązaniem, według profesor, jest powrót do ustrojowego pluralizmu.

– Połączenie własności państwowej z prywatną i z własnością spółdzielczą, która na przykład na Kaszubach jeszcze dochodziła do głosu w latach 70. i dawała pozytywne rezultaty – proponowała na konkretnym, historycznym przykładzie. Swój głos w debacie zakończyła dobitną konkluzją, rzucając sali wyzwanie do myślenia poza utartymi schematami: – Może to połączenie trzech form własności byłoby przeszkodą dla tych dramatów, o których słyszeliśmy.

Zofia Czyż (Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych), członek Prezydium Forum Związków Zawodowych, opierając się na realiach polskiej ochrony zdrowia, rozprawiła się z mitem powszechnego dobrobytu i wyboru, stając w pełnej obronie wstrząsających diagnoz postawionych wcześniej przez profesor Janowską.

– Ja będę głosem oczywiście pracowników i odniosę się do wypowiedzi, że nadal jest to rynek pracownika, a nie pracodawcy – zaznaczyła na wstępie (zwracając się do Włodzimierza Szymańskiego). Jak punktowała, opowieści o pracownikach dyktujących warunki zatrudnienia są prawdziwe, ale tylko w bardzo wąskim, wielkomiejskim wycinku rzeczywistości.

– Mamy tutaj na myśli takie miasto jak Warszawa i okolice, natomiast jeśli zejdziemy troszeczkę dalej w głąb kraju, to to wygląda zupełnie inaczej – uświadamiała zgromadzonych, dodając, że na prowincji praca wciąż bywa dobrem luksusowym i jak to określiła wręcz „reglamentowanym”. Aby udowodnić, że patologie cyfrowego tayloryzmu i przedmiotowego traktowania nie są jedynie domeną zagranicznych centrów logistycznych, prelegentka przeniosła ciężar dyskusji na rodzimy, niezwykle wrażliwy sektor – podmioty lecznicze. Nawiązując do pytania przedmówcy o to, „kto wpuścił do nas Amazona”, Czyż zadała analogiczne pytanie w kontekście polskich szpitali. Zapytała mianowicie, kto pozwolił na to, by prywatne firmy zewnętrzne, świadczące usługi outsourcingowe, wchodziły do publicznych placówek, kusząc dyrektorów rzekomymi oszczędnościami. Skutki takich działań dla personelu są dramatyczne. Pracownicy medyczni i pomocniczy, przechodząc z dnia na dzień z sektora publicznego do prywatnego podwykonawcy, zderzają się z drastycznym pogorszeniem warunków.

– Warunki pracy tych pracowników (…) z dnia na dzień ulegają tak drastycznym zmianom, że ci pracownicy się kompletnie nie odnajdują – relacjonowała, potwierdzając tym samym tezy z wykładu prof. Janowskiej o systemowym niszczeniu godności pracownika. Najbardziej przejmującym momentem wystąpienia przedstawicielki OZZPiP było porównanie dzisiejszych realiów pracy do najmroczniejszych kart historii. Odnosząc się do opisywanego wcześniej „niewidzialnego głosu” z komunikatora, który pogania pracowników magazynów, Zofia Czyż dokonała wstrząsającej analogii.

– Stanowiska pracy dziś przestały w wielu miejscach przypominać w ogóle stanowiska pracy, a miałam taką przez moment chwilę, że przypomniał mi się jeden z filmów naprawdę z bardzo okrutnych czasów, to jest II wojny światowej, gdzie właśnie ktoś stał nad drugim człowiekiem i tak jak ten głos niewidoczny podpowiada, że ten człowiek jest dalej niewydajny, to tak też kiedyś ci ludzie po prostu resztką sił chcieli przeżyć – mówiła z wyraźnym poruszeniem.

Jak dodała, dziś ludzie również zgadzają się na pracę ponad siły, ponieważ w wielu regionach po prostu nie mają żadnego wyjścia, by przetrwać biologicznie i ekonomicznie. Upomniała się również o los kobiet, które stanowią trzon najgorzej opłacanych zawodów w ochronie zdrowia. Zwróciła uwagę na dramatyczną sytuację opiekunek medycznych czy salowych, padających ofiarą bezwzględnego dumpingu płacowego ze strony firm zewnętrznych. Jeżeli outsourcingowa firma proponuje szpitalowi zatrudnienie opiekunki za połowę stawki, do której normalnie zobowiązany jest podmiot publiczny z mocy ustawy, to szukający oszczędności dyrektorzy chętnie z tego korzystają. Pracownice zaś – postawione pod ścianą – zmuszone są tę upokarzającą ofertę przyjąć.

– Więc nie ma wyboru, bo tylko to zostało – gorzko podsumowała rzekomy „rynek pracownika” Zofia Czyż.

Swoje niezwykle emocjonalne i mocne wystąpienie zakończyła fundamentalnym apelem do świata nauki, biznesu i decydentów. W obliczu narastających patologii i wyzysku ubranego w nowoczesne szaty optymalizacji kosztów, wezwała do natychmiastowego opamiętania.

– Dlatego naprawdę humanizowanie stanowisk pracy powinno stać się jakimś priorytetem, bo brniemy naprawdę w ślepą ulicę – spuentowała.

Głos w debacie zabrała następnie prof. Gertruda Uścińska, przewodnicząca Komitetu Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN, studząc nieco emocjonalny ton poprzednich dyskutantów, sprowadzając rozważania z poziomu wielkich koncepcji ustrojowych i historycznych analogii na twardy grunt obowiązującego w Polsce porządku prawnego i instytucjonalnego. Jako wybitna ekspertka z zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, profesor Uścińska przeniosła punkt ciężkości z samej korporacji na aparat państwowy, który tę korporację powinien nadzorować.

Na wstępie profesor Uścińska wyraziła słowa uznania dla obu głównych prelegentów, doceniając kompleksowość zarysowanego przez nich obrazu. Zwróciła uwagę, że pierwszy wykład doskonale osadził zgromadzonych w makroekonomicznych realiach rozwoju kapitalizmu, pokazując, jak ujęła – „skąd wyszliśmy, gdzie jesteśmy i dokąd to zmierza”. Z kolei referat profesor Janowskiej doceniła za brutalne „urealnienie tej warstwy funkcjonalnej” na konkretnym, empirycznym przykładzie (case study) globalnego giganta e-commerce. Jednak to właśnie ten drugi, wstrząsający opis warunków pracy stał się dla profesor Uścińskiej punktem wyjścia do sformułowania fundamentalnej tezy natury prawno-państwowej.

Zwracając się do uczestników konferencji, zaapelowała o zmianę optyki, z jaką patrzymy na globalne korporacje funkcjonujące w naszym kraju. Wobec tak dramatycznej diagnozy dotyczącej procedur zatrudnienia i naruszania podstawowych standardów, profesor przypomniała o bezwzględnie obowiązujących faktach.

– Chciałabym, żebyśmy jednak w tej dyskusji pamiętali, że (…) rozmawiamy o Amazonie, który działa na terytorium Polski i zgodnie z zasadami prawa polskiego i unijnego Amazon podlega całemu reżimowi prawa polskiego i unijnego – oświadczyła z naciskiem.

Stanowczo odrzuciła narrację, w której potężna korporacja jawi się jako wyjęte spod prawa państwo w państwie. Jak wyliczała, firma ta bezwzględnie podlega polskiemu prawu konsumenckiemu, podatkowemu, a przede wszystkim – prawu pracy w najszerszym tego słowa znaczeniu (sensu largo). Dalsza część wystąpienia profesor Uścińskiej stanowiła potężne wezwanie do odpowiedzialności skierowane w stronę instytucji państwowych.

– To nie jest wyizolowany podmiot, to nie jest wyizolowana jednostka, to jest obowiązek państwa ustanowionych na mocy różnych aktów prawnych instytucji, organów kontrola stosowania tego prawa. To jest także obowiązek stosowania sankcji – punktowała bezlitośnie.

Zauważyła, że polskie standardy prawne – silnie zakotwiczone w regulacjach Unii Europejskiej – są same w sobie bardzo wysokie. Ten sam reżim prawny, po uwzględnieniu lokalnych specyfik, obowiązuje Amazona w Niemczech czy w Anglii. Problem w polskim patchworkowym kapitalizmie nie polega zatem na braku odpowiednich przepisów ochronnych. Profesor Uścińska precyzyjnie zdiagnozowała, gdzie leży systemowe pęknięcie, przywołując instytucje, które ex lege (z mocy prawa) powołane są do stania na straży tych regulacji, takie jak Państwowa Inspekcja Pracy. Choć organy te kontrolują firmy i produkują liczne raporty potwierdzające naruszenia, system jako całość pozostaje niewydolny.

– Mamy problem bardziej z kontrolą, przestrzeganiem, sankcjami i promowaniem. Tutaj jest ta największa słabość – zdiagnozowała ekspertka.

Swoją wypowiedź zamknęła jasnym, instytucjonalnym postulatem, który powinien stać się głównym wnioskiem z zaprezentowanych badań empirycznych. Skoro nauka tak bezspornie dowodzi, że w wielkich centrach logistycznych dochodzi do łamania elementarnych zasad, piłka leży po stronie państwa.

– Nasz postulat idzie bardziej w kierunku: państwo, instytucje do tego wyznaczone po prostu muszą skutecznie realizować te zadania, skoro w wyniku tych badań stwierdzono tyle naruszeń (…), bo konkluzja z wystąpienia pani profesor jest jasna, nie ma przestrzegania stosowania podstawowych praw pracowniczych – podsumowała profesor Gertruda Uścińska, dobitnie przypominając, że najlepsze nawet prawo stanowione staje się fikcją, jeśli państwo abdykuje z obowiązku jego surowego egzekwowania.

Adam Chrustowicz (Związki Zawodowe Inżynierów i Techników Airbus Poland), mówił, że jego organizacja pod wpływem długotrwałej presji związkowej przeszła ewolucję i musiała dostosować się do cywilizowanych standardów. Przypomniał, że wejście europejskiego giganta lotniczego na polski rynek na początku lat dwutysięcznych wcale nie zwiastowało dobrych warunków pracy. Jak szczerze przyznał, realia w przejmowanym zakładzie przypominały początkowo patologie opisywane w centrach logistycznych.

– Na początku było tak podobnie jak Amazon, może nie tak drastycznie, ale było tak, że pracownik to był takim śmieciem, tak w cudzysłowie mówiąc – wspominał bez ogródek. Zdaniem związkowca, kluczem do zmiany było konsekwentne uświadamianie i zmuszanie zarządu do przestrzegania praw pracowniczych.

– Związki zawodowe wychowały pracodawców – stwierdził z dumą. Dziś, jak relacjonował Chrustowicz, sytuacja w Airbus Poland znajduje się na antypodach modelu amazońskiego, a wywalczone standardy przypominają te znane z dojrzałych rynków zachodnich. Związkowcy doprowadzili do wynegocjowania Zakładowego Układu Zbiorowego Pracy i transparentnych, rynkowych siatek płac, opartych na profesjonalnych raportach analitycznych (jak Sedlak & Sedlak czy Keystone). Zwolnienie wieloletniego pracownika nie jest już kaprysem przełożonego, a nad bezpieczeństwem zatrudnienia czuwa komisja pojednawcza. Zmienił się także sam stosunek pracowników do nadgodzin i wyzysku.

– Teraz jest dobrze i teraz (…) ludzie chcą pracować po godzinach, ale za setki, za podwójną stawkę według układu zbiorowego – opowiadał prelegent, dodając, że wzrost podstawowych wynagrodzeń sprawił wręcz, że coraz więcej osób rezygnuje z nadgodzin, bo praca po godzinach przestała być finansową koniecznością.

Jako anegdotę przytoczył zdziwienie dawnego hiszpańskiego prezesa zakładu, który nie rozumiał, dlaczego pracownicy są niezwykle wydajni po godzinach, a w trakcie normalnej zmiany – niekoniecznie. Wynikało to właśnie z chęci wyrwania od firmy wyższych stawek za nadgodziny. Wystąpienie Chrustowicza ukazało również zupełnie inne, paradoksalne źródła stresu w przemyśle zaawansowanych technologii. Związkowiec zwrócił uwagę na patologie współczesnego zarządzania i oderwanie korporacyjnych menedżerów od realiów produkcji.

– Mówiła pani profesor o stresie. U nas też jest stres. A dlaczego jest stres? Dlatego, że przychodzą menedżerowie z ulicy, którzy nie mają zielonego pojęcia o tej pracy i uczą pracownika, który 30 lat wykonuje tę pracę, jak ma ją robić. To jest ten cały stres – diagnozował, dodając, że takie sytuacje często kończą się frustracją i odejściami doświadczonych specjalistów. Skrytykował przy tym procesy rekrutacyjne działów HR, które zatrudniają ludzi bez wiedzy merytorycznej, wyposażonych jedynie w dyplomy szkół zarządzania. Swoją wypowiedź działacz Airbus Poland zakończył konstatacją o naturalnym konflikcie interesów, który zawsze będzie leżał u podstaw relacji pracowniczych.

– Pracodawca chce, żeby pracownik pracował jak najwięcej, za jak najmniej. Związki zawodowe chcą, żeby ten pracownik pracował w jakimś luksusie i jeszcze zarobił – podsumował prosto. Choć, jak przyznał na przykładzie pracownika z branży kurierskiej, w porównaniu z dramatycznym rynkiem dostaw i e-commerce, wywalczone w przemyśle lotniczym warunki to dzisiaj prawdziwy „high life”.

Sławomir Adamczyk (NSZZ „Solidarność”), nie pozostawił słuchaczom żadnych złudzeń, wywracając dotychczasową narrację o 180 stopni i udowadniając, że to, co w Polsce bierzemy za skrajną patologię, jest w istocie starannie zaprojektowanym, docelowym modelem biznesowym gigantów technologicznych. Adamczyk rozpoczął od bardzo stanowczego odniesienia się do referatu o cyfrowym tayloryzmie.

– Chciałbym powiedzieć, że to nie jest tak, że w przypadku Amazona mamy do czynienia z patologią. W przypadku Amazona mamy do czynienia z normą, z pewną normą, która zaczyna coraz bardziej dominować w stosunkach pracy – oświadczył wprost.

Jak tłumaczył, ten nieludzki standard wywodzi się bezpośrednio z kultury amerykańskich firm technologicznych (Big Tech), które z zasady nie uznają partnerstwa społecznego. Aby uświadomić zebranym skalę problemu, przywołał głośny, trwający już blisko rok strajk szwedzkich związkowców w zakładach Tesli, którzy mimo ogromnej determinacji nie są w stanie zmusić Elona Muska do jakichkolwiek rozmów o układzie zbiorowym pracy.

Zdaniem prelegenta, w starciu z takimi organizacjami sukcesy polskich związkowców z „Solidarności” czy Inicjatywy Pracowniczej – potrafiących ze sobą sprawnie współpracować – i tak zasługują na uznanie, zwłaszcza gdy spojrzy się na to, co dzieje się w samym mateczniku Amazona, czyli w Stanach Zjednoczonych. Adamczyk zrelacjonował niedawne, bezprecedensowe wydarzenia z Nowego Jorku, gdzie Narodowa Rada Stosunków Pracy (NLRB) nakazała wreszcie korporacji rozpoczęcie negocjacji ze związkiem zawodowym założonym przez pracowników magazynu na Staten Island. Reakcja giganta była błyskawiczna.

– Wystosował pozew przeciwko tej Radzie. Przypominam, że to jest agencja rządowa utworzona jeszcze przed II wojną światową, która de facto zarządza stosunkami pracy w USA. I Amazon wystąpił z pozwem, starając się udowodnić, że funkcjonowanie tej instytucji jest niezgodne z konstytucją amerykańską – opisywał Adamczyk, pokazując, do jakich kroków prawnych potrafi posunąć się ponadnarodowy kapitał, byle tylko nie usiąść z pracownikami do stołu.

Przechodząc na polskie podwórko, przedstawiciel NSZZ „Solidarność” w pełni zgodził się z wcześniejszym postulatem profesor Gertrudy Uścińskiej o konieczności skutecznego egzekwowania prawa przez państwo. Problem w tym, że dziś państwo to wykazuje się rażącą biernością. Związkowiec podał tu skandaliczny przykład z samego Amazona: w firmie funkcjonuje oficjalny regulamin wynagradzania, w którym w ogóle nie ma zapisanych jakichkolwiek stawek płac.

– Ktoś się powinien tym zająć. Związki apelują, nie ma reakcji – kwitował bezradność państwowych instytucji.

Kolejnym obszarem paraliżu jest kwestia fundamentalnego prawa do protestu. Adamczyk obnażył, jak wielkie korporacje z premedytacją wykorzystują luki prawne i cynicznie żonglują przepisami, by blokować pracownikom możliwość zorganizowania legalnego strajku. Flagowym przykładem jest uniemożliwianie przeprowadzenia obowiązkowych referendów strajkowych pod pretekstem ochrony danych osobowych (RODO), mimo że Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych wydał jasną interpretację, iż nie ma to w tym przypadku żadnego uzasadnienia. To prawne przeciąganie liny trwa, ponieważ w Polsce wciąż brakuje znowelizowanej, sprawnej ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych.

Związkowiec nie wahał się publicznie wskazać winnych tego stanu rzeczy: – W ramach prac w Radzie Dialogu Społecznego te prace zostały storpedowane przez reprezentację pracodawców, proszę Państwa. Mimo, że związki próbowały przejść w tym kierunku – mówił, udowadniając, że opór wobec cywilizowania rynku pracy jest systemowy. W końcowej części swojego wystąpienia Sławomir Adamczyk zręcznie spiął te codzienne, związkowe zmagania z teoretyczną koncepcją „patchworkowego kapitalizmu” prof. Juliusza Gardawskiego. Wyjaśnił, że dzisiejsze dramaty nie wzięły się znikąd i są bezpośrednim owocem grzechów pierworodnych polskiej transformacji.

– Na początku transformacji najpierw zaczęto marginalizować związki zawodowe, wskazując je jako instytucje niepotrzebne. A w ślad za tym zaczęto przyciągać kapitał zagraniczny, który wkraczał tutaj jak na przysłowiowy dziki wschód – diagnozował. Państwo przez lata przymykało oko na to, że zagraniczni inwestorzy budujący od zera swoje fabryki (inwestycje typu greenfield) za wszelką cenę, wręcz siłowo, blokowali powstawanie organizacji pracowniczych. Skutkiem tego cichego przyzwolenia władzy publicznej jest dzisiejsza niemożność zbudowania sektorowego dialogu społecznego. Reprezentant „Solidarności” podzielił pesymizm profesora Jacka Sroki co do przyszłości relacji pracowniczych w Polsce. W obliczu niepowstrzymanej cyfryzacji, algorytmizacji i automatyzacji, presja na pracownika będzie tylko rosła.

– W dalszym ciągu funkcjonujemy w objęciach turbokapitalizmu, który wymusza produktywność po to, żeby zaspokoić konsumpcjonizm – podsumował filozoficznie Adamczyk, ostrzegając, że bez przywrócenia realnego, instytucjonalnego dialogu na każdym szczeblu, zderzenie człowieka z maszyną i globalnym kapitałem będzie miało coraz bardziej destrukcyjny charakter.

Profesor Tadeusz Szumlicz (Komitet Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN) postanowił na chwilę zatrzymać dyskusję o globalnych korporacjach, nadzorze instytucjonalnym i sporach zbiorowych, by zwrócić uwagę zebranych na problem fundamentalny, a jednocześnie całkowicie omijany w ferworze debaty – na sam język, którym systemowo opisujemy współczesne relacje gospodarcze. Profesor Szumlicz odniósł się bezpośrednio do sformułowań, które padły wcześniej z ust Włodzimierza Szymańskiego, uderzając w rdzeń pojęciowy polskiego rynku pracy.

– Ja, uczestnicząc w takich konferencjach, stale zastanawiam się, że państwa nie razi używanie określenia pracodawca – rozpoczął swoje wystąpienie.

Badacz zwrócił uwagę na uderzający paradoks semantyczny, do którego jako społeczeństwo przywykliśmy tak bardzo, że przestaliśmy dostrzegać jego głęboką nielogiczność. Zwracając się do przedmówcy mówiącego o równowadze na linii biznes-pracownik, pytał retorycznie: – Zwłaszcza w tej pana wypowiedzi takiej bardzo ostrej, konfrontacyjnej powiedział pan: są pracodawcy i pracobiorcy. Czy panu się strony nie pomyliły w takim określeniu? Kto jest pracodawcą, a kto jest pracobiorcą? Aby ukazać szerszy, historyczny i lingwistyczny kontekst tej pojęciowej pułapki, profesor Szumlicz cofnął się do debat akademickich sprzed pół wieku.

– To można powiedzieć, że język niemiecki na nas tutaj zadziałał negatywnie, ale to jest temat, który wtedy na Wydziale Ekonomiczno-Społecznym jeszcze w latach 70. rozmawialiśmy z panem profesorem Olędzkim – wspominał, nawiązując do historycznych prób podejmowanych przez wybitnych badaczy (m.in. prof. Michała Olędzkiego), mających na celu wprowadzenie do nauki o pracy pojęć, które trafniej i sprawiedliwiej oddawałyby istotę tego stosunku, uwalniając nas od obciążeń niemieckich kalek językowych (takich jak Arbeitgeber i Arbeitnehmer). Wezwał do elementarnej refleksji nad słowami, które na co dzień legitymizują rynkową nierównowagę i feudalne wręcz podejście do kapitału.

– No przecież na logikę, no kto jest pracodawcą, a kto jest pracobiorcą? A to jest tak, wydaje się panu bardzo proste… – ironizował łagodnie Szumlicz, dając do zrozumienia, że dopóki nie naprawimy aparatu pojęciowego, którym opisujemy naszą rzeczywistość, dopóty trudno będzie nam wyjść z mentalnych ram wyzysku.

Wywołany do tablicy Włodzimierz Szymański ze Związku Rzemiosła Polskiego ponownie zabrał głos, by odnieść się do zarzutów przedmówców. Jego wystąpienie miało wyraźnie obronny charakter, ale jednocześnie obfitowało w zaskakujące, a momentami wręcz prowokacyjne tezy, które po raz kolejny podgrzały atmosferę na sali obrad. Przedstawiciel rzemieślników zaczął od riposty na filozoficzno-językową interwencję profesora Szumlicza. Szymański przyznał wprost, że nie widzi niczego niewłaściwego w utrwalonej nomenklaturze rynkowej.

– Nie bardzo zrozumiałem, czy formuła wypowiedzi „pracodawca, a pracobiorca” jest rażąca? No, dla mnie akurat nie – uciął krótko dyskusję o feudalnych naleciałościach w polskim słownictwie, przechodząc natychmiast do kwestii praktycznych.

Znacznie więcej uwagi poświęcił relacjom na linii biznes-pracownicy, stanowczo odrzucając tezę, jakoby dialog społeczny w Polsce znajdował się w głębokim kryzysie i służył jedynie interesom kapitału. Zwracając się bezpośrednio do Zofii Czyż ze Związku Pielęgniarek, przekonywał, że współpraca układa się całkiem nieźle i przynosi wymierne efekty. Jako dowód przywołał swoje prace w Zespole problemowym ds. prawa pracy w Radzie Dialogu Społecznego, składając zebranym odważną obietnicę:

– Problem umowy zlecenia i Państwowej Inspekcji Pracy rozwiązaliśmy. Także na pewno będziecie mieli lepiej. Reprezentant pracodawców z rozbrajającą wręcz szczerością przyznał przy tym, że dopóki temat nie trafił na agendę Rady, nie zdawał sobie sprawy z gigantycznej skali uśmieciowienia zatrudnienia w ochronie zdrowia.

– Powiem szczerze, sam nie wiedziałem, że w większości szpitali pielęgniarki są zatrudnione na umowy zlecenia. Także ten dialog trwa i uważam, że przyniósł pozytywne efekty – argumentował z przekonaniem.

Szymański odniósł się także do wstrząsającego studium przypadku opisanego wcześniej przez prof. Zdzisławę Janowską. Choć wyraźnie potępił nieludzkie standardy i algorytmiczny wyzysk globalnego giganta e-commerce, starał się jednocześnie obronić honor mniejszego, krajowego biznesu. Wspominając swoje własne, surowe doświadczenia zawodowe ze Stanów Zjednoczonych, podkreślił: – Pani profesor, ja ganię to, co się dzieje w Amazonie, ganię to, bo tak nie powinno być, ale nie jest to regułą. Ja reprezentuję dużo naszych rodzimych, polskich firm i wcale nie wszędzie się tak dzieje. Odnosząc się do doniesień o skrajnym wycieńczeniu organizmów pracowników na taśmach produkcyjnych i przenoszeniu ogromnych ciężarów, Szymański zastosował dość nietypową analogię.

– Ktoś tutaj powiedział o tych ciężkich paczkach. Faktycznie pracownik może podnieść do 20 kilogramów, o ile się nie mylę, młodociany chyba do 7 czy 8, ale na siłowni może dźwigać 30 – dowodził prelegent.

Po czym dodał argument: – Jeśli tam [na siłowni] wyskoczy mu dysk, to pracodawca ponosi koszty jego leczenia. Także tutaj to też powinniśmy troszeczkę spojrzeć z innej strony. Też powinny być te ograniczenia. W jego ocenie, dywagacje nad humanizacją cyfrowego tayloryzmu mogą wkrótce stracić rację bytu z powodu nieuchronnego skoku technologicznego, który w brutalny sposób zrewiduje dzisiejsze układy sił.

– Problem się nam rozwiąże za 10, może troszeczkę więcej, a może krócej lat. Dzisiaj wchodzenie w technologię tej robotyzacji sprawi, że kiedyś praca będzie luksusem. Ten, kto będzie miał pracę, będzie żył ot tak, i to będzie luksusem, a reszta dostanie zasiłek na przeżycie – spuentował przedstawiciel Związku Rzemiosła Polskiego.

Elżbieta Ostrowska (Polski Związek Emerytów i Rencistów), mówiła o roli i miejscu seniorów na współczesnym rynku pracy. Odniosła się do powszechnego, krzywdzącego stereotypu, według którego organizacje zrzeszające emerytów reprezentują wyłącznie grupę społeczną całkowicie wyłączoną już z życia zawodowego.

– Zatem jak sama nazwa stowarzyszenia wskazuje, ten krąg osób, które już w większości przypadków zakończyły swoją aktywność zawodową. Ale to nie do końca prawda, dlatego, że osoby starsze również często chcą dłużej pracować – wyjaśniała natychmiast prelegentka.

Zwróciła przy tym uwagę na niezwykle ważny aspekt motywacji, który pcha seniorów z powrotem na rynek pracy. Choć kwestie finansowe i chęć powiększenia świadczenia emerytalnego są oczywistą siłą napędową, to błędem jest redukowanie aktywności zawodowej osób starszych wyłącznie do prozy ekonomicznego przetrwania. Przypomniała zgromadzonym o fundamencie, z którym w zderzeniu z rynkowymi wskaźnikami tak łatwo dziś zapominamy: o godnościowym i psychologicznym wymiarze zatrudnienia.

– Praca poza tym elementem takim ekonomicznym ma również wartość, powiedziałabym, samą w sobie. Praca to jest pewne poczucie sprawczości, aktywności, uczestnictwa w życiu, relacji społecznych, które potem często ulegają przecież rozerwaniu – wyliczała Ostrowska.

Jak podkreśliła, to właśnie z tego powodu organizacje senioralne zrzeszone w różnych gremiach usilnie namawiają osoby starsze, by, o ile tylko pozwala im na to zdrowie, starały się jak najdłużej pozostawać aktywne zawodowo. I choć statystyki, do których nawiązała – szukając potwierdzenia u prof. Gertrudy Uścińskiej – pokazują w ostatnich pięciu, dziesięciu latach kilkukrotny wzrost liczby osób pracujących po osiągnięciu wieku emerytalnego, to wciąż jest to zaledwie kropla w morzu potrzeb. Wciąż mówimy zaledwie o niespełna ośmiu, czy dziewięciu procentach ludzi, którzy mogliby pracować, a faktycznie to robią. Zderzając tę twardą daną z mrocznym obrazem kapitalizmu, jaki wyłonił się z wcześniejszych referatów o cyfrowym tayloryzmie i wyzysku, Ostrowska postawiła fundamentalne pytanie. Zastanawiała się mianowicie głośno, co ten rygorystyczny, oparty na wyśrubowanych normach algorytmów i kulcie siły fizycznej rynek pracy w ogóle ma dziś do zaoferowania starszemu pokoleniu.

Z jednej strony system i dyskurs publiczny usilnie zachęcają emerytów do dłuższego wysiłku. Seniorzy wchodzą na ten rynek wyposażeni w potężny kapitał: nierzadko unikalne doświadczenie życiowe i zawodowe oraz szeroko pojęte kompetencje miękkie i społeczne, których często brakuje dziś na wejściu pokoleniom najmłodszym. Z drugiej jednak strony biologia jest nieubłagana. Starszy pracownik z racji naturalnych ograniczeń zdrowotnych może i często jest dla przedsiębiorcy pracownikiem bardziej kosztownym. Wymaga on pochylenia się nad dostosowaniem stanowiska, uelastycznieniem godzin czy wymiaru czasu pracy – a więc dokładnie tego „humanistycznego” podejścia, o którego całkowitym braku w korporacjach opowiadały wcześniej prof. Zdzisława Janowska i Zofia Czyż.

– Więc może dlatego my (…) przedstawiamy wartość pracy, namawiamy ludzi do dłuższej pracy, a oni mówią: „ale pracodawcy nas nie chcą tak naprawdę”. Nie cenią tych walorów, które prezentuje sobą starszy pracownik, a widzą pewien koszt i ograniczenie związane z zatrudnianiem takiej osoby – opisywała rynkową rzeczywistość z perspektywy samego seniora, dla którego piękne apele decydentów zderzają się ze ścianą odrzuconych CV. Swoje wystąpienie Elżbieta Ostrowska zamknęła retorycznym, ale niezwykle ważnym z punktu widzenia makroekonomii wyzwaniem rzuconym całemu środowisku eksperckiemu. Widząc potężne i wciąż nieuregulowane patologie dzisiejszego modelu zatrudnienia, spytała wprost o przyszłość.

– Rzucam tylko taki temat, co ten rynek pracy już obecnie, a tym bardziej za lat pięć czy dziesięć, ten turbo rynek, turbo kapitalistyczny będzie miał do zaoferowania nie tylko tym młodym, ale również starszym? A to ci starsi będą za parę lat stanowili większość ludzi, krótko mówiąc, w ogóle w naszym społeczeństwie, ale również na rynku pracy. To głęboko dające do myślenia wystąpienie zakończyło się zasugerowaniem, że problem starzejącego się społeczeństwa zderzonego z nieludzkim „turbokapitalizmem” to temat może nie na ten konkretny panel, ale z całą pewnością najważniejsze zagadnienie do pilnego rozważenia na przyszłość.

Andrzej Laskowski (Centrum im. Adama Smitha), z entuzjazmem odniósł się do głównego referatu wprowadzającego, doceniając celność pojęciową diagnozy postawionej przez naukowców z SGH. Zauważył, że nazwiska architektów polskiej transformacji, takie jak Balcerowicz czy Lewandowski, wciąż rezonują w naszej debacie, ale to właśnie kategoria „patchworkowego kapitalizmu” najlepiej oddaje to, z czym mierzyliśmy się przez ostatnie dekady.

– Sama ta nazwa jest cudowna. To za to rzeczywiście dziękuję bardzo – chwalił prelegent. Jak ujawnił, ta krytyczna optyka jest mu niezwykle bliska, o czym świadczy artykuł o polskim „tandetnym kapitalizmie”, który niedawno opublikował wspólnie z mecenasem Adamem Pietrasikiem na łamach Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Laskowski posłużył się tu niezwykle plastyczną metaforą, nazywając ów patchwork „derką naciągniętą na gospodarkę”, która miała stanowić wielkie, transformacyjne odkrycie, a z którą do dziś mamy ogromny problem. Aby w pełni zrozumieć, dlaczego ten proces potoczył się tak, a nie inaczej, zasugerował sięgnięcie do koncepcji „prześnionej rewolucji” Andrzeja Ledera. Choć przez lata zatrudniał setki, a nawet tysiące osób w zakładach, w których pracował, stanowczo odciął się od feudalnej pozy biznesmena.

– Całe życie zawodowe spędziłem jako pomocnik pracownika lub pomocnik robotnika budowlanego – oświadczył z rzadko spotykaną w świecie zarządzania pokorą. Udowadniając swój dystans do narzucanych z góry dogmatów ekonomicznych, przywołał też anegdotę ze swojej młodości. Jak wyznał z przekąsem, należał do tych studentów, którzy nie potrafili ze zrozumieniem i na piątkę zaliczyć przedmiotu „ekonomia polityczna socjalizmu” na warszawskiej SGH.

– Wyrzucono mnie z takiej uczelni, więc nie musiałem tego zrozumieć, tejże ekonomii – skwitował. Dalsza część wystąpienia Andrzeja Laskowskiego stanowiła wezwanie do „resetu” w naszym myśleniu o rynku. Prelegent zaapelował, aby w obliczu tak doskonałych koncepcji jak kapitalizm patchworkowy, przestać wreszcie skupiać się wyłącznie na punktowych, anegdotycznych wręcz patologiach – „bo w tym zakładzie jest tak, a pielęgniarka, a Amazon, a ktoś dźwiga paczkę”. Jego zdaniem nadszedł czas, by zmusić twórców dzisiejszej ekonomii do udzielenia odpowiedzi na pytanie absolutnie podstawowe: czym w ogóle jest dzisiaj praca? Jako reprezentant środowiska seniorów, Laskowski ostro zaprotestował przeciwko narracji, która czyni z emerytów biernych biorców rynkowej łaski. Odnosząc się do dyskusji o roli państwa i biznesu, z całą mocą podkreślił suwerenność wypracowanych przez lata praw.

– Jeżeli dziś jestem emerytem i cały czas pracowałem, to nie jest tak, że dzisiejszy pracodawcy, którzy płacą podatki, wypłacają mi moją emeryturę. 40 lat odprowadzałem te składki i przez te 40 lat jest to państwo – oświadczył stanowczo. Z tego samego powodu odrzucił neoliberalne dogmaty o szkodliwości interwencjonizmu, o których dyskutowano wcześniej. Według prelegenta państwo ma absolutny obowiązek wtrącać się do gospodarki, jeżeli stawką są prawa obywatelskie i prawa człowieka. Wymaga to jednak oparcia całego systemu na konkretnych normach moralnych i etyce, której dziś na rynku dramatycznie brakuje. Kończąc swoje wystąpienie, Laskowski pozwolił sobie na odrobinę goryczy i wyrzut w stronę obecnego na sali świata nauki. Przypomniał lata transformacji, kiedy to środowiska biznesowe zrzeszone przy Towarzystwie Gospodarczym w Warszawie czy Centrum im. Adama Smitha próbowały inicjować dyskusje i tworzyć konwenty etyki biznesu. Jak z żalem zauważył, choć pojawiały się tam wielkie nazwiska, to formalne środowiska akademickie potraktowały te oddolne próby ucywilizowania kapitalizmu z lekceważeniem. Andrzej Laskowski zakończył wyrazami głębokiego uznania dla organizatorów. W jego ocenie inicjatywa spotkania świata nauki, pracowników i biznesu pod egidą Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” jest czymś niezwykle cennym. Jak spuentował, prawo pracy i godność ludzkiego działania to „cudowny temat i cudowna sprawa, i rzeczywiście trzeba o tym rozmawiać jak najbardziej”, udowadniając tym samym, że poszukiwanie etycznego wymiaru kapitalizmu wciąż pozostaje naszym najważniejszym, zbiorowym zadaniem.

Podsumowując konferencję prof. Zdzisława Janowska (Komitet Nauk o Pracy i Polityce Społecznej PAN), postanowiła metodycznie, punkt po punkcie, odnieść się do argumentów przedmówców.

Zaczęła od pytania najbardziej fundamentalnego: dlaczego w ogóle globalny gigant e-commerce zdecydował się na inwestycje w naszym kraju? Jak bezlitośnie wypunktowała, nie był to żaden przypadek, lecz chłodna, korporacyjna kalkulacja oparta na naszych narodowych słabościach z lat 2013-2014. Wielki biznes doskonale zdiagnozował idealne warunki do maksymalizacji zysku: centralne położenie w Europie połączone z ówczesnym, wysokim bezrobociem. Magazyny lokowano celowo wokół dużych aglomeracji, by móc bezlitośnie wysysać z rynku siłę roboczą pozbawioną innych alternatyw, mamiąc ludzi rzekomym dobrodziejstwem darmowych dojazdów. Z goryczą w głosie profesor przypomniała ówczesny, bezkrytyczny entuzjazm polskich decydentów. Władza po prostu zachłystywała się wejściem zagranicznego kapitału, zupełnie nie analizując, nie chcąc wiedzieć i nie przewidując długofalowych, niszczących skutków społecznych tej inwazji.

Choć dzisiaj, jak zauważyła prelegentka, rezerwuar bezrobotnych uległ w tych regionach znacznemu wyczerpaniu – lokalna siła robocza została po prostu „wyeksploatowana” – to wbrew rynkowym optymistom charakter pracy wcale się nie ucywilizował. Co gorsza, w tryby tego systemu wpadają dziś nierzadko osoby z wyższym wykształceniem, które pomimo dyplomów nie mogą odnaleźć się na rynku, a dla których praca w logistycznym molochu staje się dramatyczną ostatecznością. Wchodząc w bezpośrednią polemikę z diagnozą profesor Gertrudy Uścińskiej, profesor Janowska obnażyła fikcję polskiego systemu sprawiedliwości i nadzoru. Zgodziła się oczywiście, że teoretycznie twarde prawo w Polsce obowiązuje, jednak w zderzeniu z korporacyjną machiną staje się ono boleśnie martwe.

– Tak, pani profesor, tylko jest to bardzo słabo realizowane – odpowiedziała krótko. Jak relacjonowała, związki zawodowe dwoją się i troją, składając kolejne zawiadomienia do prokuratury, które przeważnie utykają w martwym punkcie. Państwowa Inspekcja Pracy, mimo gromadzenia twardych dowodów na łamanie standardów, okazuje się instytucją zbyt słabą i niewydolną, by trzymać w ryzach giganta. Prelegentka z żalem odnotowała również przerażającą obojętność klasy politycznej, wskazując, że jedyną grupą parlamentarzystów, która realnie zjawia się pod bramami zakładów i próbuje nadawać sprawom bieg prawny, są przedstawiciele partii Razem. Cała reszta sceny politycznej milczy. Profesor Janowska przywołała precedensową sprawę pracownika zwolnionego za rzekome nieosiągnięcie „nieustannie rosnącej normy”. Ten jeden, jedyny raz poznański sąd stanął na wysokości zadania, uznając zwolnienie za bezprawne i przyznając odszkodowanie. Znacznie ważniejsze od samej rekompensaty było jednak miażdżące uzasadnienie wyroku. Sędzia wprost określił panujący tam system jako antypracowniczy i niezgodny z Kodeksem pracy. W oficjalnym dokumencie sądowym zapisano, że model ten jest nastawiony na fizyczną eliminację najsłabszych, a ludzie poddani są rygorowi „ciągłego wyścigu”. Sąd zwrócił uwagę na wyniszczający zdrowie charakter zadań – pracę na stojąco, wymuszony, nienaturalny rytm i całkowite pozbawienie organizmu możliwości regeneracji. Sukces ten ma jednak wymiar głęboko tragiczny, gdyż jak podkreśliła badaczka, był to jedyny taki wyrok, podczas gdy setki innych spraw o poprawę warunków pracy są systematycznie przez sądy oddalane.

W swoim podsumowaniu połączyła również wątki poruszane przez innych dyskutantów, dostrzegając w nich wspólny mianownik strukturalnej bezsilności. Zgodziła się z profesor Szyszkowską co do fatalnych skutków całkowitej prywatyzacji i zniszczenia w dobie transformacji wspaniałej polskiej tradycji spółdzielczej. Dzisiejsza „spółdzielczość socjalna” funkcjonuje niemal wyłącznie na papierze.

Odpowiadając z kolei na optymistyczny głos z zakładów Airbusa, przypomniała, że sukces w przemyśle lotniczym wynikał w dużej mierze z faktu, że nie był to bezwzględny kapitał amerykański. W sektorze Big Tech pracownicy również heroicznie walczą o swoje prawa, ale zderzają się z murem korporacyjnej potęgi, z którym bez systemowej pomocy państwa nie mają szans wygrać. Podobną, ponurą analogię badaczka dostrzegła w relacji Zofii Czyż o publicznej ochronie zdrowia – tam również pracownik wypchnięty na kontrakt, rzekomo by zarobić więcej, ostatecznie pracuje ponad siły, pozbawiony jakiejkolwiek ochrony z tytułu prawa pracy.

Zacytowała na sam koniec wstrząsającą rozmowę z jedną z pracownic logistyki. Kobieta opisała swój codzienny, morderczy rytm: pobudka o 4:00 rano, wyjście z domu o 5:00, pracowniczy autobus o 5:30 i wejście na halę o 6:30. Po zakończeniu zmiany i powrocie, jej życie redukuje się do biologicznego minimum.

– Przychodzę, śpię, jem, padam i wychodzę z domu do pracy – relacjonowała.

Gdy profesor zapytała, czy chciałaby wrócić do tej firmy, usłyszała stanowcze: „Nigdy”. A co powiedziałaby komuś, kto rozważa tam zatrudnienie? Odpowiedź brzmiała niczym wyrok: – Jeśli ci nie zależy na życiu prawdziwym, to idź. Jeśli chcesz stracić zdrowie, to idź. To możesz pracować jak mrówka 13 godzin z dojazdem. Ludzie jednak wciąż tam idą, pędzeni wyłącznie brakiem środków do życia. Skierowała także słowa do Andrzeja Laskowskiego apelującego o powrót etyki do ekonomii.

– Etyka, dyskusja… To jest wszystko na papierze. My w gronie naukowym możemy sobie o tym mówić. Natomiast rzeczywistość za oknem jest drapieżna – spuentowała bez złudzeń.

Profesor Juliusz Gardawski w syntetycznym podsumowaniu, odniósł się do dwóch kluczowych kwestii, stanowiących intelektualną klamrę dla rozważań o polskiej transformacji. Rozpoczął od demitologizacji nastrojów społecznych z przełomu dekad. Zauważył, że słynna „euforia roku 1989” wbrew pozorom ogarniała tylko część społeczeństwa, a same wybory czerwcowe obnażyły w rzeczywistości wysoki poziom powszechnego niepokoju. Tym, co jednak ostatecznie pchnęło nas w ramiona nowego ustroju, był specyficzny, idealistyczny stosunek do kapitalizmu i własności prywatnej.

– Okazało się bowiem, że panuje mit konkurencji w Polsce. Wiem, bo badałem świat robotników. Mit konkurencji, który wiązano z wizją mechanizmu sprawiedliwej dystrybucji – tłumaczył profesor. Choć ten naiwny rynkowy mit bardzo szybko zderzył się z brutalną rzeczywistością, to na jego fundamencie elity zdołały w tamtym czasie wiele zbudować.

Druga refleksja profesora Gardawskiego dotykała już wielkiej ekonomii i bezpośrednio korespondowała z wcześniejszym wystąpieniem profesor Szyszkowskiej o konieczności pluralizmu form własności. Prelegent przypomniał, że Polska wchodziła w kapitalizm w historycznym momencie, gdy w globalnym dyskursie akademickim spór między „konwergencją” a „dywergencją” wydawał się ostatecznie rozstrzygnięty. Triumfowała konwergencja – wizja jednego, słusznego i skutecznego modelu, do którego wszystkie państwa muszą nieuchronnie dążyć.

– Nasi koledzy ze Szkoły Głównej Handlowej, którzy mieli duży wpływ wtedy na rozwój polskiej gospodarki, wiedzieli, że konwergencja zwyciężyła – przyznał otwarcie.

W tym dogmatycznym ujęciu podejście dywergencyjne, zakładające naturalną różnorodność kapitalizmu i dopuszczające współistnienie wielu form własności, zostało celowo zepchnięte w cień. Panowało wręcz fałszywe przekonanie, że taka różnorodność to najszybsza droga do marginalizacji i stoczenia się do poziomu krajów trzeciego świata.

Z perspektywy czasu widać jednak wyraźnie, że ortodoksyjne odrzucenie dywergencji było błędem, a Polska zaczynała budować swój kapitalizm w bardzo niesprzyjającym, zdominowanym przez jeden paradygmat momencie. Dlatego też, zwracając się bezpośrednio do profesor Szyszkowskiej, Juliusz Gardawski rzucił na koniec potężne wyzwanie dla całego środowiska naukowego:

– Dobrze byłoby, żeby kolejne spory i dyskusje u nas przywołały znowu kwestię dywergencji i żebyśmy zaczęli poważnie rozmawiać o gospodarce rynkowej, która będzie obejmowała bardzo wiele różnych form własności.

Konferencję „Praca ludzka w polskim kapitalizmie” zakończyły serdeczne podziękowania ze strony Iwony Zakrzewskiej. Dyrektor Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” pożegnała zgromadzonych na sali ekspertów oraz słuchaczy śledzących transmisję online. Wyraziła przy tym głęboką nadzieję, że ta gęsta od znaczeń, analityczna debata doczeka się wkrótce swojej kontynuacji podczas kolejnych spotkań – spotkań, które w dzisiejszych realiach rynku pracy wydają się potrzebne bardziej niż kiedykolwiek.

Czytacz treści Press Enter to Read Page Content Out Loud Press Enter to Pause or Restart Reading Page Content Out Loud Press Enter to Stop Reading Page Content Out Loud Screen Reader Support